poniedziałek, 7 czerwca 2010

Vienna calling again

Hmm.. ciągle tytuły z angielszczyzną.. ale jakoś nie mogę z tego wybrnąć.
Lot powrotny przez Wiedeń.
"Rock me Amadeus" - jeśli ktos to kojarzy ;)

Najpierw podróż autobusem do Podgoricy. Tym razem w dzień.
Dla kogoś kto był w Chorwacji albo gdzieś tam pewnie nic nowego... dla mnie znowu gapienie się z otwartą japą na krajobrazy.

Serpentyny nad turkusowym morzem, znowu po prostu pięknie do obrzygania.
Wdrapujemy się z mozołem na szczyty gór i przewalamy na drugą stronę wybrzeża, do środka kraju... tam już normalniej... Lexusy i BMW ustępują miejsca starym Zastawom i Ładom. Przydrożne wioseczki nadal malownicze...
ale w sposób taki że już nie marzysz, żeby w nich zamieszkać na emeryturze.
Biedne domki z kamienia, wciąż piękne.. ale biedne :D

Hop do samolotu i Wiedeń :)

Drugie starcie z miastem Mozarta.
Start do dzielnicy Prater - wielki park rozrywki, ze znanym młyńskim kołem.
(które to już znane młyńskie koło?)
Wiem konkretnie czego chcę zaznać -
SKy Flyer: metalowy słup-wieża o wysokości 117m na którym osadzona jest karuzela łańcuchowa z krzesełkami.


5 Eurasów za tą jedyną możliwość zginięcia w spektakularny sposób, lub co najmniej zapaskudzenia sobie spodni...
Wsiadam, przypinam się, najpierw cała konstrukcja wznosi sie na jakies 10m... a potem zaczyna się kręcić jadąc do góry...
huhu... nie mam lęku wysokości, ale ... "fuck me - ja pierdolę" były najczęstszymi słowami jakie mi przychodziły do ust i głowy przez najbliższe 5 dłuuuugich minut.
Dyndanie na czterech łańcuszkach na wysokości Pałacu Kultury, obracając się do tego z niezłą prędkością... huhu.. że też ludzie jeszcze płacą za takie głupoty :DDD

Zabawa niezła, przeżycie warte 5 euro, ale na drugi raz... troche poczekam ;)


Czas opuścić wesołe miasteczko, w końcu ile stare konie mogą się bawić w tym odpustowym środowisku.
W sobotę tylko jedno muzeum było za darmo - Muzeum Sztuki Użytkowej.
Nie ma co za dużo gadać... nie było jakieś odmienne od normalnego wyobrażenia muzeów, ale... była jedna ekspozycja akurat w tym miesiącu..
Pokaz olejnych obrazów i plakatów propagandowych z Korei Północnej...
Wszystko w bardzo poważnym tonie, superrealistyczne landszafty z przewodniczącym Kim Il Sungiem. Jednak wraz z podpisami i tytułami tych "arcydzieł" tworzyły histerycznie śmieszno-gorzką mieszankę. Niektóre obrazy były zupełnie świeże z 2005-2006 roku...
Nie sposób uwierzyć, że oni (tam w Korei) biorą je na serio... (niestety).

Przechadzka ulicami Wiednia... kurcze brak tylko w tle jakiegoś Straussa albo Mozarta.
MUSE musi na razie wystarczyć, a kto wie czy nawet nie jest bardziej nakręcające do zwiedzania i podziwiania okolicy.

Jak zwykle czasu nie starczyło nawet na połowę planu...
Biegiem na ostatni bus na lotnisko.

Ziuu i Berlin.
Ziuu i Szczecin

Home sweet home!
Jak zawsze, powroty są jednym z najmilszych etapów podróżowania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz