wtorek, 1 czerwca 2010

Nice Trip

Uff nareszcie w hotelu.. podróż ze Szczecina do Czarnogóry zabrala 20 godzin.
Wyjazd o 5:30...
Berlin... samolot utyka w małym korku na pasie startowym i się zaczyna :)
W Wiedniu spóźniamy się o jakiś kwadrans na naszą przesiadkę. Na otarcie łez dostajemy talon na kanapke i piwo.. i nadzieję że załapiemy sie na nastepny lot...
Niestety wszystkie miejsca zajęte, nikt nie zachorował i mimo że obiecują 150EURO ochotnikom, któży chcieliby polecieć później - nikt sie nie zgłasza... Mamy więc czas do 19:30 lot przez Belgrad..
Vienna Calling
Ruszamy w miasto.
Wiedeń... tu trzeba wkleic caly artykuł o Wiedniu...

Orgia architektoniczna... zionie historią jak smok.
Wszędzie czuć jakiś Franciszków Józefów, czy inne Marie albo księżniczki Sisi...
Gęba rozdziawiona, 3 godziny sprintu z fotografowaniem i przystankami na piwo lub kawkę.
Nasze Wrocławie, Warszawy, nawet Kraków... wszystko blednie. Austriacy chyba mieli jakiegoś hopla na punkcie budowli. Tu biblioteka, uniwerek, ratusz mają większy rozmach niż pałace królewskie, wawele i inne rynki razem wzięte...
Nie jest to jakieś przesadne dołowanie polskiego dorobku, tylko po prostu zderzenie z cywilizacją o stopień wyższą (przynajmniej jeśli chodzi o architekturę)...
(no i nie mieli bombardowań - powie ktoś ;) zaraz)
Słowem - jest wypaśnie w Wiedniu.


Potem lot do Belgradu serbskim ATRem, czyli takim autobusem na śmigiełka...
Lądowanie w deszczu, w chmurach, w nocy, w podmuchach wiatru -
nie powiem, nerwowo jest :D
Człowiek sie zastannawia czy pojawi się ziemia w końcu za oknem ... i jak blisko do niej będzie...
przesiadka biegiem, bo jak zwykle spóźnieni do takiego samego cygańskiego powozu...
start i po godzinie znowu lądownie poprzez chmury, wśród gór, w deszczu i turbulencjach i ciemnośćiach w Podgoricy...
Uff... ocieram pot z czoła i rozluźniam zbielałe na łapy.
Funny thing - jest busik wojskowy, który nas zabierze do Budvy...
Ale nie ma naszych bagaży :)
Nasze samolociki były zbyt małe na te wszystkie walizy i po drodze gdzieś bagaże się zawieruszyły...
W obecności urzednika i jego pijanego kolegi o twarzy zmęczonej życiem, w biurze "lost & Found" spisujemy dzieje naszych walizek i dostajemy obietnice, że jutro o 10:00 możemy się dowiedzieć czy walizki się magicznie pojawiły :)
Dobra.. po 18 godzinach jazdy wszystko jedno.
Jeszcze tylko 1.5h jazdy busem po serpentynach, tunelach, w deszczu i w nocy. Kierowca to prawdopodobnie były rajdowiec, czułem się jak na Rajdzie Monte-Carlo.
Po takich 80km wyszedłem dosyć bladzieńki i troszkę zielony przed hotelem. Szyja mnie bolała od przeciążeń na trasie.
Żałuję bo na pewno były świetne widoki... a ciemno było jak w ... Montengro...
Jest prawie 1:00 .. wiec czas chyba na prysznic i do spania...
To był dzień! :)
Zobaczymy jutro, gdzie ja jestem :D

2 komentarze:

  1. Pieknie w Przelewicach!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mamo .. zmiłuj się, ja tu o Wiedniu.. Ty o Przelewicach ;-)

    OdpowiedzUsuń