
Krótko mówiąc - autobusem do Tivacu, potem hops na statek (żaglowiec, ale na motorze) i wodą do Kotoru, tam 2h wolnego czasu i z powrotem.

Mówiąc nieco dłużej... WOW... Czarnogóra... jest czego im zazdrościć. Sceneria jest tak filmowa, cukierkowa, słodko pierdząca, że nawet mimo braku słońca, wszystko zapiera dech w płucach.
Mają tam mini Norwegię, ustawioną w cieplejszym klimacie...
Fiordy normalnie jadły mi z ręki.
Pieprzone morze ma kolor prawdziwego turkusu, te wszystkie wysepki, strome góry tuż nad morzem, kościoły na wysepkach, stara zabudowa miasteczek nad zatoką.. normalnie chce się rzygać. Na szczęście czasem widać zombiaki zeszłej epoki.. jakiś betonowy gmach gminnej spółdzielni, socjalistyczny ośrodek wypoczynkowy o gracji cegły, czy opuszczoną fabrykę czegośtam.

Ale ogólnie siedziałęm (stałem) na tym statku jak oniemiały, gapiłem się na te wszystkie góry i wody... i za bardzo nie wiedziałem co z tym zrobić...
Chyba trzeba zapamiętywać takie momenty...
Nie ma sie za bardzo z kim podzielić oszołomieniem.
Jakoś chce się to zatrzymać, w wyobraźni szwędam się po mijanych miasteczkach...
jednak wszystko mijamy dosyć żwawo i tylko robienie zdjęć, daje troszkę uspokojenia, że coś z tego zostanie... bez porównania z rzeczywistością, ale zawsze coś.
Dobra - play of the day: zostawili nas w tym starym Kotorze, zajebista zatoczka, zajebisty porcik, zajebiste stare miasto, zajebiste kościoły, nad tym wszystkim zaj-zajebiste ruiny murów i fortecy usytuowanej 300m nad miastem.
poszwędałem się, zjadłem kawał pizzy, odwiedziłem sklepiki.. i nagle wpadło mi do głowy, że mogę zaliczyć też wspinaczke na fortecę.
300m nie brzmi jakoś strasznie... ale miałem zaledwie 55minut do odjazdu autobusu.
Dodatkowo strażnik powiedzial ze juz konczy i za darmo moge wejsc.. wiec jazda!!!
Mijałem schodzących kolegów z wycieczki, zgrzanych i złachanych jak psy...
Ale co tam... przeciez na siłowni dymam w steper jak kangur...
1741 zajebistych starych, wielkich sredniowiecznych, kamiennych schodów pokonałem w 2/3 biegiem. Z przystankami na pozowanie, podziwianie zabijającego krajobrazu, fotki i łapanie oddechu.
Nie mogłem zrezygnować 50m od szzczytu, choc czułem że mogą być kłopoty z powrotem na czas ;)Wbiegłem.. cyknąłem zdjęcie pamiątkowe i ziuuu w dół... znowu bieg... turysci których wyprzedzilem pod górę i teraz mijalem ponownie wybauszali gały.
5 minut przed umówionym czasem odjazdu dotarłem, mokry jak szczur.

Potem wyczytałem, ze nalezy sobie zarezerwowac 1.5-2h na tą wycieczkę... zrobilem to w 50min z jezykiem na brodzie, ale nie żałuję... z tego co pamiętam było nieziemsko.
Sprawdzę na zdjęciach :)
O reszcie nie warto wspominać - powrót, piwo na plaży, łyk rakiji, blog i łóżko ....
"Dzisiejszy odcinek sponsorowała literka "Z", Z - jak "zajebiście"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz