piątek, 25 czerwca 2010

Papież to ma klawe życie...

Dziś Watykan... plac św.Piotra widziałem, więc punktem głównym miały być muzea watykańskie + kaplica sykstyńska.
Rano po tradycyjnej kawie i crossaincie ruszylismy do metra.
Niestety okazało się, że cała linia A nie działa i proszę sobie wziąć jakiś autobus.
Po chwili konsultacji okazało się że autobus nr 64 jedzie we właściwe okolice.
Obejrzeliśmy kilka tych autobusów. Każdy przypominał puszkę sardynek, wraz z glonojadami rozpłaszczonymi na szybach. Przy lejącym się żarze z nieba, wiedzieliśmy że podróż nim bedzie wysiłkiem na miarę dreptania do Jerozolimy.
Cóż, zaproponowałem spacer "w kierunku" nie pokazując Ani mapy.
"moze sie cos trafi".
Krótko mówiąc - dotarliśmy tam pieszo... godzinny marsz przez cale centrum Rzymu.
Poszło nawet łatwo, ale wiadomo: koturny, słońce, gorąc i pośpiech.
Bilet był zakupiony na 12:00, czort (ehm.. papież) wiedział, czy tam jest kolejka, czy sprawdzaja godzinę, no i wogóle, takie niewiadomoco.
Śmignelismy kolo panteonu, Piazza Navovna, Campo Di Fiori, nawet nie zerkając.
Dotarlismy kwadrans przed 12, dosyć złachani jak na poczatek zwiedzania.
Zero kolejki na miejscu, zero stressu, wejscie praktycznie od ręki.

Strzałki wiodą do kaplicy sykstyńskiej... Ok bierzemy byka za rogi.
Zobaczymy co Michal Aniol malowal przez 4 lata.
Korytarze, korytarze, korytarze, schody, pokoje, schody pokoje, korytarze.
Wypełnione grubymi amerykanami, zakręconymi japończykami, jazgotliwymi włochami i wielodzietnymi polakami. Po 20minutach docieramy do kaplicy...
Wyobraźcie sobie prostokątną salę gimnastyczną, wypełnioną całkowicie ludźmi (jeden przy drugim) Gdzieś wysoko na suficie są faktycznie malowidła... ale przyznam nic nie pamiętam. cerberzy-strażnicy ciągle pokrzykują "NO PHOTO!", ale pies ich drapał, coś robię, żeby potem to w spokoju obejrzec.

W tym tlumie i zgielku caly urok wyparowal, zrywamy sie, jak najpredzej do wyjscia.
Zaliczamy jeszcze muzeum Etruskie, Egipskie, Perskie, Barokowe, Powozowe, kafejke (tradycyjne 10EUR za kanapkę+colę+kawke)... zzerkamy na ogrody Watykańskie, do ktorych nie mamy wstępu, piszemy kartki do domu, wysyłamy z poczty watykanskiej.. i w 3h mamy to zamieszanie z głowy...

Krótko: lekkie rozczarowanie, muzea jak muzea, kaplica ponizej sredniej (oczywiscie glownie przez nieprawdopodobny tłum), WEDLUG MNIE - szkoda 19EUR - ale tak powiedziec mozna dopiero jak sie to zaliczylo.

Jestesmy blisko Bazyliki sw Piotra, zerkamy, ze kolejka sie posuwa żwawo (choc ma ze 200m) i w 15 minut jesteśmy u stóp...

Już przy wejściu... zatyka, Ania przeżywa kościelne uniesienia (żeby mi sie tylko nie nawrócila ;) ), ja otwieram japę...

To jest to! Okręt flagowy chrześcijaństwa... pokaz architektury na 20 fajerek, zrywa czapki, przygniata i rozwałkowuje ogromem. Pomyśleć, ze nie bardzo mi sie chcialo tu przyjsc i nie spodziewalem sie zbyt wiele...

Wpadajace promienie slonca przez okna kopuly nadaja wszystkiemu odjechany klimat.
Nie trzeba byc katolikiem, widok jest typu piramidy, albo wielki kanion...
Zdecydownie numer jeden w Rzymie. Wysokosc i przestrzen wnętrza... no nie wiem, mnie rozwaliło. Do tego ilos szczegołów... mozna tu spedzic godziny, a każda nawa mogłaby byc najwiekszym i najbogatszym kosciołem polskim.

Zaliczamy jeszcze katakumby papieskie, groby i te sprawy... rzecz bardziej dla wyznawców i wierzących. Klimatu brak, bo ciągły jazgot turystów, ale spoko, coś zostało.
Nie zaliczamy wejscia na kopułę, raz że to kolejne 7EUR, dwa że od schodów dostajemy drgawek, trzy - kolejka jest spora i powolna (kasa biletowa). Ale jesli już - to polecam wydać kase zamiast na muzea w. tutaj na wdrapanie sie na bazylike. Daje glowe ze jest dobrze.

Wychodzimy lekko oszolomieni, na plac - juz pozne popoludnie, dzwony biją, jest nastrojowo. Nie ma mowy o dalszym zwiedzaniu, nie damy rady, kierujemy sie do najblizszego metra (ktore dzieki Bogu juz dziala) i ziuu na wielkie MacMenu, cheesburgery i sałatkę. Pieprzyc włoską kuchnię, olać cieńką jak papier pizze margaritę, czy espresso na dnie filiżanki. Niech zyje McDonnald! Niech zyje McChicken z sałatą i chrupiącym kurczakiem, wiwat sałatka w sosie majonezowym, brawo zimna Coca-cola... wszystko o połowę tańsze, smaczne i na głównym placu Republiki.
Można się odprężyć, pogapic na laski (no i na włochów) i dziwolągi turystyczne z całego świata. (Lasek jak na lekarstwo, przystojnych włochów - trochę, dziwolągów i murzyńskiej biedoty od metra). Zjawia sie nawet pan z akordeonem... tym sie różni od terrorysty, że z terrorysta można negocjować... znowu 50centów, żeby sobie poszedł.
Wieczorem docieramy do hotelu, tradycyjnie powłócząc nogami.
Kąpiel, drzemka, piwo, karty...
Kolejny zajebisty dzień w Rzymie.

Jutro jakis kosciółek, lub bazylika na rozgrzewkę - potem na plażę :D

1 komentarz:

  1. "a każda nawa mogłaby byc najwiekszym i najbogatszym kosciołem polskim"

    -bos bracie Lichenia nie widzial

    OdpowiedzUsuń