poniedziałek, 7 czerwca 2010

Last day in paradise - Piątek.

Ostatnie chwile, żeby coś jeszcze zobaczyć i niestety czas już się żegnać z CZarnogórą.
10Euro postanawiam wydać zamiast na obiad, to na wycieczkę motorówką po okolicznych wysepkach.
Trochę wieje i buja, ale co tam... przynajmniej nie czułem się głodny :D
Święty Stefan - małe miasteczko na wysepce, połączone z brzegiem jedynie wąskim mostkiem. Fajne miejsce. Sztandarowy motyw pocztówek. Z uwagi na przebudowę i tak nie wpuszczają do środka, więc opłynięcie dookoła wystarczy.

Wyspa Hawaii - to ta zielona czapa, co ją ciągle widać na horyzoncie. Dzikie skały i las.. ale buldożery już coś tam dłubią dla prawdopodobnie ruskich bogaczy.. bo jachty już stoją

Całe wybrzeże jest cudne, ale nie ma co się nad tym znęcać... skały, zielone góry, niebieska woda... normalka :)

Wysiadam w centrum Budvy, bo wygląda na to, że chmury się zatrzymały od 2 godzin i tylko tam świeci słońce - albo ruscy więcej zapłacili, niż miejscowi w naszej zatoczce hotelowej.


Jeszcze jedno kółeczko po mieście.
Piwo, kawka, piwo, piwo... w międzyczasie ostatnia szansa na kąpiel.
Włażę do wody - a tam kamloty ostre jak ostre kamloty.
Trochę cierpię , stopa krwawi i wygląda jak po ataku jeżozwierza ludojada, czy innego kaszalota.
Trochę to studzi zapał mój do wypoczynku, klnę pod nosem i cierpię od słonej wody.
Nawet jedyna dziewczyna topless nie polepsza mi jakoś radyklanie humoru.
(Nie znaczy to że nie zrobiłem jej zdjęcia... )

Kuśtykam powoli do hotelu, bo niebo co raz bardziej granatowe.

Wieczorem kolacja pożegnalna, krawaty, koszule, gratulacje, podziękowania, mnooostwo świetnego żarcia, sporo do wypicia... ale jak zawsze jak się człowiek rozkręci, to przychodzi kelner i mówi, że od 22:00 drinki są płatne.
Perspektywa jutrzejszego wyjazdu o 5:30 i cena drinków skłaniają mnie do powolnego odwrotu.
Jeszcze tylko rozmowa z wieeelkim sierżantem Marine, o masie mięśniowej ponad górną granicę przyzwoitości :D. Wniosek jest niestety jeden - z Afganistanu trzeba się zabierać, nic tam do wygrania nie ma. Tam jest średniowiecze i jest to robota, na dziesięciolecia. Ale mamy już tyle baz, że czas się wziąć za Iran :)
Facet mieszka na Hawajach, ale 10 miesiecy w roku spędza na wizytach w jakiś niebezpiecznych zadupiach, gdzie arabowie chcą go ukatrupić. TO jest powołanie :D

1 komentarz: