Od zawsze jednym z moich hobby są wyścigi - głównie spełniam się "jeżdżąc na komputerze" lub oglądając Eurosport.
Zawsze miałem ochotę pościgać się nie tylko na komputerze, ale skonfrontować to ze światem realnym.
Sprawdzić na ile odruchy wyuczone w grach (symulatorach) mają odzwierciedlenie na prawdziwym torze.
Wiadomo - zaistnieć choćby w gokartowym świecie to raczej mrzonka, trzeba wiele poświęcić kasy, czasu i wysiłku aby poczuć się jak Kubica.
Choć tak się składa, że znam dwóch wariatów - jeden od gokartów, jeden od rajdówek..
może tym bardziej wiem że nie jest lekko :) nevermind :)
Tak więc pod kryptonimem "Internal Training" czyli szkolenie wewnętrzne przed kolejnymi ćwiczeniami - wpakowali nas do autobusu i wywieźli za Szczecin na kryty tor kartingowy, niedawno zbudowany w naszym pięknym mieście. Wrażenie jest niezłe - gość czerpał podobno wzory z zachodu - jest ładnie i nowocześnie, te wszystkie bandy, gładka powierzchnia, nowiutkie karty i elektroniczne pomiary czasu.. normalnie Formuła 1 dla ludu.
Gotowy do skoku
Ponieważ było nas gdzieś ponad 30 osób czasu starczyło dla kazdego tylko na dwa 10-minutowe wyścigi...
10 minut wydaje się wręcz śmiesznym czasem, ale okazało się że na tej krętej trasie po 10minutach spływałem potem, a moje wątłe mięśnie błagały o koniec. Brak wspomagania kierownicy i siła odśrodkowa, która prawie urywa ci łeb z kaskiem na co szybszych zakrętach dają sie we znaki.
Mimo,że gnałem jak wiatr (tak mi sie wydawało), to jednak po pierwszym biegu byłem srogo zawiedziony - mój czas był gdzieś 8my. (jako ostatni zakwalifikowałem sie do finalowego biegu najszybszych). Niemcy, którzy już parę razy byli tutaj pojeździć wydawali się nieosiągalni. Na krótkim okrążeniu oni jechali 36sek - ja 38.
2 sekundy w wyścigach to przepaść... 10-15m po 1 okrążeniu w plecy.
Jednak drugi wyścig poszedł lepiej, udało mi się wykręcić niskie 36sek przez co byłem 3ci! w ogólnej klasyfikacji.
I choć moje rączki już naprawdę ledwo się ruszały a na dłoniach wyrosły mi odciski, to już oczyma wyobraźni widziałem medal,podium, kwiaty i hostessy oblane szampanem... Niestety w jednym z późniejszych wyścigów, teoretycznie słabszych zawodników, znalazł się jeden spóźniony Niemiec i wycisnął o 0.1sek lepsze kółko.
Dupa dupa dupa.. poznałem dlaczego 4te miejsce uznawane jest za najgorsze ;)
Marzenie o wyścigach - spełnione.
marzenie o medalu - jeszcze poczeka.
Satysfakcja i zabawa - zajebista.
Gorycz czwartego miejsca osłodził grill, piwo, żubrówka i Finlandia... (tak tak .. byłem mądrym chłopcem i nie zmieszałem tego wszystkiego :D )
Oj .. to był dobry dzien...
Moznaby tak częściej .. jednak cena 40PLN od łebka za 10min trochę odstrasza.

oj, bo to stereotyp, że najszybszy jest najlepszy :D nie daj się zaszufladkować :D
OdpowiedzUsuń