poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Best week in year?

Jeden z lepszych ciągów dni.. zarówno w robocie jak i prywatnie...
"Wielki projekt" łączenia sieci i jednostek, którego byłem niechcący ojcem chrzestnym się udał, w zasadzie bez problemów... (kasy z tego nie ma, ale jest satysfakcja, że coś działa i lampki mrugaja)
Potem od razu wyprawa na Woodstock:
Przeżycie na pewno ciekawe, choć uczucia raczej zmieszane...
Zawsze bardziej interesuje mnie strona muzyczna i widowiskowa - tu było na medal.
Volbeat jak pojechał z pierwszymi riffami "Guitar gangsters..." to wiedziałem że warto było przyjechać, cały koncert super dźwięk, wieeeelka scena, kupa świateł...
Muzycznie - uczta, noga sama chodziła, a gitary brzmiały jak cegły.
Reszta wykonawców trochę zawiodła.. Futureheads to zespół jednego przeboju, tak naprawde powinni grać jeszcze w garażu i tylko wilecy fani brit-pop-rocka moga ich słuchać.
Juliette Lewis - po wysłuchaniu jej płyt uznałem, że to kolejne fajne odkrycie. Kobieta z pazurem, ostra, piękna na swój sposób i rockowa... na żywo wyszło nie tak porywająco. I to za sprawą chyba raczej jej zespołu.. coś grali jakoś tak bez synchronizacji, zaledwie w paru miejscach mozna było potupać nogą i poczuć rytm...
Sama Julietta bardzo pozytywnie.. (To ta co grała w Urodzonych Mordercach i "co gryzie Gilberta Grape'a") - ale polecam raczej płyty.
Nevermind...
Poza tym kurz, kurz, tłuumy tłuumy pijanej brudnej i zgrzanej gawiedzi, która wypełzła ze wszystkich dziur w małych i dużych miasteczkach, aby przybyć na darmową imprezę...


Stary już troszkę jestem najwyrazniej i mogę sobie psioczyć na młodzież - a co :D
jakos 20 lat temu w Jarocinie mi to nie przeszkadzało... (bo sam byłem brudny i pijany troszkę) Ale teraz mam dosyć.
Niby wszystko pokojowe, love, peace i myślę, że naprawde było tam bezpieczniej niż na Niebuszewie... ale takie to wszytko upadłe, naćpane, nawalone, z pustymi oczami,wystrojone na pokaz, zachowujące się na pokaz, sztuczna wolność i luz. Głównie trzeba uważać aby nie zostać obrzyganym.
Oczywiscie większość ludzi "normalnych", ale to nie ich widać.
Słowem impreza udana i wyjebiaszcza (400tys ludzi ) ale bratanie się i "czucie wolności" z śmierdzącymi obwiesiami w udającymi fanów muzyki, młodocianymi przestępcami, czy watachami grubawych nastolatków, którzy wypili 5 piw i stracili kontakt ze światem... dziękuję postoję...
Wciąż nie mogę sie zdecydować czy bardziej mi sie podobało, czy raczej nie...

Wytrzymalismy do północy w piątek... 2.5h jazdy .. trochę snu... i uderzyliśmy nad morze.. Niechorze - miło zmyć kurz woodstockowy, ciepła woda, ludzi w miarę, dobra pogoda.. czego więcej chciec od życia?
Po powrocie grill i wspominana butelka Ginu z Tonikiem...
Na drugi dzien trochę grania (Dominion 3x i Steam) i błogie byczenie się na ogrodzie..

Był plan zaatakować Woodstock na wieczór, aby obejrzeć Guano Apes... ale odpuściliśmy. Trochę żałuję... a trochę nie :D

Taak.. wszystkie miłe wydarzenia w czasie ostatnich dni (te duże i małe) się nałożyły...
I wyszło, że jestem nawet taki trochę... szczęśliwy... ?
Tak trzymać... i nie puszczać ;)

Szczęście jak latawiec...
Apropo latawca i mojego szwagra... ale to już zupełnie inna historia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz