środa, 1 lipca 2009

Mittag - dzien srodkowy.

Juz albo dopiero sroda...
Za 4 dni znowu uderzam do Włoch, jakoś tym razem spokojniej, nawet zaliczki jeszcze nie wziąłem. Roboty sporo w robocie plus pogoda typu tropikalnego, więc jestem jakoś ciągle zmęczony.
A Ola na kolonii.. Do tytułu Rodziców Roku chyba nam niewiele zostało.
Nie dość że się cieszyliśmy (no, przynajmniej Ja :D ) gdy wpakowaliśmy ją do pociągu, pilnując żeby nie uciekła. (Wychowawca-konwojent wyglądał bardziej na hippisa, lub sprzedawcę zioła, ale co tam). Okazało się też, że wysyłamy ją w rejony największych powodzi i klęsk zywiołowych, ale jak szkoła przetrwania to szkoła przetrwania. Ola już podobno umie prać skarpety, strzelać z łuku i pływać kajakiem :D

Przejrzałem aparat.. hoho.. Byłem ostatnio na ślubie i takim małym weselu, w zasadzie "wieczorku poślubnym". O ile do tej pory z rezerwą odnosiłem się do takich imprez, to okazało się całkiem przyjemnie. Kulturalnie, bez opilstwa i obżarstwa. Fajnie było - dziękuję Agacie i Sebastianowi za zaproszenie.

Za dużo zdjęć nie pokażę, najpierw muszą to zobaczyć najbardziej zainteresowani.


Wygnawszy córkę na kolonię, a żonę na panieńskie.. udało mi się zorganizować w końcu wieczór graczy u mnie. Twardo ustaliłem plan taki jak mi się podobał, dziękuję gościom, że bez marudzenia przystali.
Automobile - po raz 3ci, wszyscy już grali, więc nadzieje były duże. Okazało się ,że jednak wciąż nie możemy przewidzieć skutków naszych kaskaderskich posunięć ekonomicznych. Wciąż masa dziwnych zagrań i nadmiar odwagi dały w efekcie najniższy wynik w historii tej gry. Wygrał oczywiscie... Miras... Dobra gra, zagrałbym natychmiast znowu, żeby sprawdzić inną strategię.


Potem klasyka gatunku El Grande - niezmiennie dobra gra od wieeeelu lat.
Zasłuzony Top 10 wszechczasów.
Wygrał... hmm... Miras.


Choć Hubert próbował nawiązać walkę i do ostatniego podliczenia był w zasięgu.


Pepe El Grande Mirasso, Huan Antonio Jesus de Mammutto, Hose Maria Huberto Gonzalez ... Zdjęcie wykonał Jose de Jesus Espinosa Dominguez Juan Carlos Santiago Slaby Sanchez


Chlodno i bez żalu pożegnaliśmy Mirasa i we trójkę jeszcze ujarzmiliśmy Small World - nareszcie coś wygrałem!
Tak więc wieczór okazał się miły :))
Po czym Ania wróciła niezbyt pijana i wygoniła resztę :)

..i to by było na tyle... Oto Szadoki.

1 komentarz:

  1. Jacku, prawie już w przeddzień pierwszej rocznicy tego pamiętnego Dnia Ślubu, ale co tam, lepiej późno niż wcale, chcemy podziękować, że towarzyszyliście nam w uroczystości zawarcia związku małżeńskiego.
    Miło również, że to wydarzenie okazało się na tyle istotne, że znalazło się na blogu.

    Pozdrawiamy,
    Agata & Sebastian

    OdpowiedzUsuń