
Yeah.. w końcu czuję się jak turysta, a nie facet na szkoleniu.
Rano w końcu mój koleżka Erazmo, dał się namówić, że podwiezie mnie na stację.
Jak zwykle w stylu włoskim tak się grzebał, że tradycyjnie pojawiłem się 3 minuty przed odjazdem... i tradycyjnie jakiś nierozgarnięty Włoch stał przy automacie biletowym. (przy kasie tłum)... demonstracyjnie wzdychałem, gdy czytał (literował) komunikaty na ekranie.. długo się zastanawiał czy jest emerytem ponad 70 lat, a może dzieckiem w wieku szkolnym, czy chce bilet powrotny... na koniec nie mógł znaleźć biletu w rynience od wylatywania biletów... pokazałem paluchem i sam zdołałem kupić (na szczescie było opóźnienie pociagu).
Pociągiem o trzy stacje, wysiadka, przesiadka do autobusu (45 min czekania w miejscu gdzie podobno się zatrzymuje) krótka jazda i ciach - jestem w Terracinie.
Widoki jak w Monte Carlo - morze, jachty, płatne plaże, góry, skały, wille i ruiny (no tak ruin nie ma w Monte Carlo... wykupili i zamienili na coś bardziej luksusowego).
Terracina słynie ze swiątyni Jupitera na czubku skały nad morzem... czubek okazał się całkiem wysoko. Czort wie jak się tam dostać. Dwie zapytane osoby raczej z niedowierzaniem przyjeły moje pytanie jak sie tam dostać "per pedes". Podobno niemożliwe. Podobno trzeba autobusu, tylko autobus nie jezdzi (tyle zrozumiałem).Wybierałem co młodsze (i co ładniejsze) osoby (dziewczyny początkowo ) niestety po raz kolejny plama z angielskiego.. od jednej sie dowiedzialem jezykiem migowym, ze zawsze miala problemy i nie cierpi angielskiego, druga chciała rysowac piktogramy.. .ale rysowac tez nie umiala :D NEVERMIND
Lekko podlamany lazilem na wyczucie, bez mapy i bez celu...
Udalo sie trafic na swietny sredniowieczny rynek, z kosciolem kogos tam i z resztkami ruin.. i przede wszystkim z planem zabytkow!

Mapa wydala sie optymistyczna... wzgorze ze swiatynia bylo tak gdzies o... 3 palce.
Ruszylem na azymut. Wszyscy Wlosi jezdza tam samochodami... niestety serpentyna znacznie wydluza dystans.. ale co to dla Polaka. Bystrym okiem wykrylem sciezke (dla koz?) .. po chwili ktos nawet napisal koslawa tabliczke z ktorej zrozumialem ze czeka mnie 30 min marszu pod gore.. Yeah.. jest dobrze.
Pod drodze widoczki... piękne... uzywając oklepanych słów...
Ale jak ma wygladac gorzysta, skalista okolica nad samym morzem, ze starym miastem,plażami i winnicami, widziana z gory... no pieknie, kurwa, pięknie...
Brnąłem w pełnym słońcu przez łąkę pełną ostrych krzewów... było ciężko, ale że tak powiem .. (trudne słowo) satysfakcjonująco.

Na czubku świątynia ( a raczej jej ruiny).. troche to przypominalo stajnie.. ale co tam, nie ma co wybrzydzać (choc bigletto 4EUR).. widoki jeszcze lepsze... no i bar.... byłem złachany jak pies, ale nie skusiiłem się na piwo za 8EUR.

.Poprzestałem na soczku. Silna wola - tak to nazwałem, żeby nie użyć słowa skapstwo.
Obejrzałem, sfotografowałem, pokontemplowałem, wspomniałem rzymskie czasy i w dół.
Z góry wypatrzyłem plażę publiczną ( to tam gdzie leżaki nie leżą w równych rządkach i są zasadniczo jacyś ludzie)
Po kolejnej pół godzince na upalnym, kłującym stoku byłem na dole.
Plaża i morze... od razu do wody.. i ou au oo kurrr... shit i scheisse.
Moje łydy spalone słońcem i zjechane ostami oraz kaktusami napotkały faktycznie słone wody morza śródziemnego. Troche bolało to pierwsze spotkanie, potem zaczęły mnie piec oczy, bo zanurkowałem sobie z otwartymi oczami bez okularów... zaślubiny dosyć bolesne, ale w sumie git. Woda tak słona że można leżeć z rękami za głową na plecach na wodzie. byleby nie oblizywać ust.
Za daleko nie mogłem odpływać, bo wiadomo - torba na brzegu i trzeba zerkac.
Pozgrywałem troche plażowicza, pobyczyłem sie w wodzie, na piasku, odmiękłem, nasączyłem solą i po 2h - żarcie (panini + cola+ piwo+ kawa), supermarketto (wino+ woda+ rogale+ cola + piwo) autobus (tym razem bezpośredni + rogal+ piwo+cola).
I znowu w bazie... to był ciężki dzień.. ile się człowiek musi naharować żeby wypocząć... Jutro będzie jeszcze gorzej (od 8 rano Rzym - olaboga) :D

a widzisz - należało suchą zaprawę na stepperze najpierw zaliczyć :DDD
OdpowiedzUsuńbyłam kiedyś okrutnie zdumiona mentalnością chorwacką (widzę, że bardzo podobną do włoskiej). oni się nigdzie nie spieszyli! wszystko się spóźniało - autobusy, pociągi - tłumaczyli to... korkami :D ale jak już spóźnił się prom to witki mi opadły :DDD
ubawiłam się świetnie z rana przy twojej relacji :D