poniedziałek, 6 lipca 2009

dreams come true...

W zasadzie nie ma o czym pisac, do 16:00 siedzialem na wykladach, ktore strescilbym na jednej kartce A5. Walka ze snem byla ostra.
Dzis swieto we Wloszech.. jakies koscielne, ktorejs tam Maryi-dziewicy. Co ciekawe świeto dzis.. ale wolne mają jutro... więc sprytnie to sobie wymyślili :D
Z tej okazji lunch mial byc bardziej wystawny niż zwykle... you know.. CELEBRATION :)
Kosztowal nawet o cale 50centow wiecej niz normalny obiad. Pamietajac podłe żarcie sprzed paru miesiecy, mialem nadzieje na najlepsze, przygotowany bylem jednak na najgorsze...
Menu: kromka chleba, pasta czyli makaron skropiony resztkami sosu pomidorowego, kotlecik w panierce.. na osobnym talerzyku - taki jakis bezsmakowy i plastikowy, salata, brzoskwinia i uwaga... werbel... SZAMPAN w plastikowym kubeczku... cale 1,5cm na dnie... kurwa.. większe to są próbki w Realu. Nie przesadzam ani troszkę... serio 15mm ... max 18mm nie mialem suwmiarki, jeden łyk. no comments
Po tym wypasie poszedlem do pokoju i nalalem sobie pol kubka mojego swietnego wina... jak celebration to celebration :)
Dotrwalem konca wykladow....
Po czym w sklepiku nabylem czepek i uderzylem na basen (wczesniej wysledzony z satelity googlowej)
Tu raj na ziemi... piekny duzy basen, trampolina, slonce, 35 stopni w powietrzu, wodda ciepla, lezaczek i wszystko za darmo... brak tylko drinka z parasolka w reku (to jutro).
Tak wyglada spelnienie marzen większości z nas. Wypas i popas.
Niestety, po 3 kąpielach i 10 skokach do basenu, oraz 20 minutach opalania - znudzilo mi sie :)
Byla taka bajka o zlotej kaczce... bohater mogl szastac kasa, ale mogl miec wszystko tylko dla siebie, nie mogł sie dzielić. tak samo tu... Jak nie ma z kim tego podzielic, jak nie ma komu powiedziec "ależ tu fajnie kochanie" to nie smakuje to tak samo. korzystam wiec, bede potem opowiadal jak to mi fajnie bylo.. ale kto czyta moje wypociny to bedzie wiedzial, ze czegos tu brak...
Basen zamkneli o 19, zjadlem panini, czyli bułkę z opiekacza, wypiłem małe piwo, zagrałem z kolegą duńczykiem w pilkarzyki .. i koniec atrakcji...
Siedze i słucham muzyczki, surfuje i piszę bloga.
Aaa.. pije nowe wino.. całkiem niezłe "Fontana di PAPA", znowu losowałem... jestem załamany znajomością angielskiego wśród włochów.. czy juz nie piszą na butelkach jaki smak ma wino? kiedys bylo jakies "dry", jakieś "semi dolce" teraz tylko opis na jakim stoku wyrosło i do czego pasuje... a jestem zbyt wielkim wieśniakiem, aby z tych przesłanek wydedukować czy mi będzie smakować :D ...
Miałem zamieścić fotkę z telefonu, znad basenu...
Ale bije się w pierś i przyznaję.. jestem inż. mgr elektroniki... ale 45min mi nie wystarczyło aby przesłać zdjęcie z Szajsunga k700i do laptopa... wszystko dziala - a plików nie widać... qurwa! jaki skomplikowany sprzęt teraz robią, chyba muszę zapytać jakiegoś nastolatka jak się to robi.. na razie ściągam 30MB softu... co na włoskim łączu może potrwac do jutra...
Ok .. w sumie nie ma o czym pisac... ( tylko wino dziala )

1 komentarz:

  1. Własnie jestem na samotnej wyprawie w Gdańsku więc doskonale rozumiem o czym piszesz...

    OdpowiedzUsuń