Ok, siedze juz w pracy za biurkiem. Wszystko wydaje sie jakims odleglym wspomnieniem.
Piszę bardziej dla historii i kompletności zapisek...
Sobota 7:00 rano zwinąłem się z bazy i uderzyłem w kierunku Rzymu.
O 9:00 byłem już ready, bagaż przechowany, rodził się plan jak tu spędzić 7-8 następnych godzin.
Postanowiłem wyjechać z Rzymu, bo zanosiło się na kolejny superupalny dzień.
O kilka przystankow podmniejską kolejką jest starożytny port Ostia Antica nad Tybrem...
Cała wyprawa kosztuje 1 EUR, więc spoko. Podobno największe starożytne, odkopane/zachowane miasto. Oki - na miejscu niestety bilet - "jedyne" 6.50EUR, ale co zrobić, zachciało się historii, to trzeba płacić.
Okazało się jednak, że przysłowie o głupim i szczęściu ma jakieś ziarno prawdy... Zwiedzając lokalny amfiteatr (którego nastrój troche psuła nowoczesna aparatura, głośniki i swiatła rozstawione wokół sceny) nieomal potknąłem się o monetę 2 EUR leżącą i czekającą na mnie :D
Ponieważ było stosunkowo wcześnie, byłem nieomal, sam w mieście ruin, otoczony kolumnami, kamieniami i mozaikami...
Nie jestem Wańkowiczem czy innym Kapuścińskim, coby opisywać nastrój ruchliwego portu rzymskiego, harmider uliczny, wpływające statki, cichaczem przybywającą Kleopatrę na randkę prosto z Egiptu... ale czuć to w powietrzu... jest nieźle.
Z drugiej strony... chłodnym okiem - to tylko kupa gruzu, zdecydowanie za mało posągów (zgromadzonych razem w muzeum dla ochrony przed wandalmi (tymi współczesnymi)), trochę mozajek, trochę kolumn... nie każdego może to podjarać.
Ale ja wiem, jeśli miałbym gdzieś w historii wybrać sobie inne życie - to chciałbym być rzymskim patrycjuszem... klawe życie.
Około 13 miałem już dosyć starożytnych kamieni, zapragnąłem współczesnej plaży.
2 przystanki dalej był nadmorski kurort Rzymu - Lido.
Kierując się za niemcami, którzy objuczeni parasolkami i lezakami, wyraźnie wiedzieli gdzie idą - trafiłem przez labirynt uliczek na plażę.
Polak jest przywyczajony do wolności... całe morze jest nasze, las - dla każdego, nie wolno tylko wchodzić na wydmy :D Tu na zgniłym zachodzie kapitaliści wykupili prawie 90% plaż. Można przemaszerować kilometry, ciągle w odległości 100m od morza, ale się nie dopchać do wody, lub byc zmuszonym do kupna biletu (jedyne 10EUR).
Ale jak wspomniałem, niemcy wiedzieli gdzie idą. Kawałek (ok 150m) plaży publicznej.
Nie ma co opisywać moich kąpieli :) było relaksująco... choć ta słona woda naprawdę wkurza. W drodze powrotnej od brzegu morza, do chodnika przekonałem się że piasek może być tak gorący, że nawet taki twardziel jak ja, biegłem niczym pajacyk i piszczałem (w duchu oczywiscie) z bólu. Dobrze że miałem mokre kąpielówki, które ukoiły ból, ale stopy sobie definitywnie oparzyłem, co czyłem przez resztę dnia. Ot taka ciekawostka.
Po drodze powrotnej jeszcze lasania (zupełnie niedobra) - pani kelnerce chyba zrobiło się troszkę przykro, gdy powiedziałem , że najlepsza kuchnia włoska jest w innych krajach np w Polsce :D .. ale się nie obraziła :D
OK hop, do Rzymu, hop po bagaże, hop bus na lotnisko, godzinka stania przed odprawą bagażową, dopchnięcie się do samolotu pośród niemieckiej, pryszczatej i wyrośniętej młodzieży. Lot, samochód i home sweet home.
Wyglądałem jak idiota w rozchełstanej koszuli, w kapeluszu słomkowym na głowie, pośród mrzawki na moim stoczniowym blokowisku. Na szczęście była 1 w nocy...
(po południu wlepię tu też jakieś fotki na okrasę) ;)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz