niedziela, 5 lipca 2009

Najazd Barbarzyńcy.

No i się udało, skomplikowane równanie z cholernie wieloma niewiadomymi po raz kolejny się rozwiązało...
Przebudzenie 2 min przed budzikiem (też to macie? :D )
3:00 rano... szofer mnie odwozi do berlina (a co!;-))
Easy Jet - nawet nie pcham się do okna, choć siedząc w srodku jednak jest większa klaustrofobia i gorzej czuć drgania i turbulencje. Gość obok mnie najpierw zielenieje, potem napełnia 2 torby do rzygania... fajnie, że stewardessa proponuje mi inne miejsce 'with fresh air" :D (Boi się "reakcji łańcuchowej"? Wow.. to mogłoby być przezabawne.. cały airbus zarzygany... ale nic z tego - za twardy jestem)
Po lądowaniu wszystko idzie sprawnie... no kurde zero emocji, wiem gdzie bagaże, wiem gdzie bilet na busa, wiem żeby kupić w obie strony. Tym razem próbuję "oficjalnej" przechowalni bagażu... w sumie nie dość że droższa od murzynów, to jeszcze obsługiwana przez dwóch emerytów... a ci się nie śpieszą... 15min kolejki i jestem wyzwolony od balastu.
Nie ma sensu wymieniać, co widziałem, jakie kupy gruzu, czy który kościół Matki czy Anioła... ważne że żar lał się z nieba, czyłem się jak w saunie, 38-40 stopni w cieniu. Najbardziej wiec mnie interesowały fontanny i poidełka, oraz budki z zimną coca-colą i piwem. Szedłem jak w amoku. Brzegiem Tybru (bruuudny i mętny... tzn głównie Tybr..ja tylko spocony i zamulony). Gdzie widziałem wodę to się polewałem, gdzie widziałem zimny napój, to się delektowałem... W taką pogodę zimne piwo pod parasolem może konkurować z Pantheonem :D
Uczta dla oczu też była, choć tym razem oprócz zabytków, można też było wypatrzeć parę zupełnie świeżych nóg i dekoltów :)
W taki upał człowiek skupia się jednak na parkach, barach i cieniu... woda, woda, woda!!!
Plac Plazza Navona, park Villa Borgheze, wyspa na tybrze Isola Tiberina żeby wymienić parę miejsc które jednak dalem radę zapamiętać...
Circuss maximus na którym ostro dawały rydwany, konie, i inne krwawe sporty w stylu wyścigów śmierci z napierdalaniem mieczami - mnie rozczarował... mieszkańcy Łobza mogą sobie obejrzeć "stare boisko" .. A Szczeciniacy "stare boisko" przy szpitalu na Unii lubelskiej... efekt ten sam, tylko że Circuss maximus trochę większy...

Po 6 godzinach miotania się po tym upalnym piekle, miałem dosyć.
Odebrałem od emerytów walizkę (tak się guzdrali że zostały mi 4 minuty do odjazdu) i dotarłem do Latiny...
Bus wojskowy, włoskim zwyczajem nie przyjechał, więc taxi i 15EUR w plecy, ale co tam.
Baza opuszczona... ale na szczeście jestem na jakiejś liście, dostaję klucz, mogę wziąć PRYSZNIC!!! Odpalam komputerek, wyciągam z lodówy wino, które kupiłem z jakiejś wyprzedaży... (takiego wytrawnego kwasu dawno nie piłem :D - sierść staje...) i właśnie piszę te słowa :D
i pozdrawiam zanim nie padnę za zmęczenia lub od tego wińska!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz