O festiwalu prawie można już zapomnieć, więc wyciągam z głębin resztki wspomnień...
Dzien drugi... Odpuściliśmy sobie pierwszy grający zespół: Izrael, oczywiscie znowu wygrało piwo... no i siły trzeba oszczędzać na wieczór.
Ludzi jeszcze mniej niż dnia pierwszego, wiec naprawdę luzy pod samą sceną.
Lipali - "Bierze nóż, ten koleś bierze nóż..." Lipa się troche wspomógł starym Illusionem i było fajnie. Co prawda Lipali gra w 3-osobowym składzie i nie brzmi jakoś miażdżąco, ale generalnie nie dali plamy. Troche hałasują w stylu Limp Bizkita, a troche marudzą rzewnymi kawałkami typu "A wszystko to bo ciebie kocham..." czy "życie cudem jest"... Największy problem miałem z patrzeniem na wokalistę ubranego w grubą bluzę zapiętą pod szyję, gdy wkoło duchota, na plecach pot, a ten jeszcze się miota jak nieboskie stowrzenie... może taka terapia odchudzająca?
Następnie Myslovitz - przyznam, że czekałem, byłem ciekaw i nie zawiodłem się. Najcięższy Myslovitz jaki słyszałem, chłopaki porządnie rozkręcili gitary (grają 3 gitary + bas) i robili wspaniały melodyjny hałas... w zasadzie wszystko co zagrali, bardzo mi sie podobało, ale nie jeestem obiektywny... na koniec odpalili taki eksperymentalny utwór, który trwał chyba grubo ponad 10min, pełen eksperymentów z elektroniką, sprzężeniami. Zawiało pustynią i stonerem... transowo, hipnotycznie i wcale nie chciałem aby się skończyło. Jechali i jazgotali aż miło...
Myslovitz dał jeden z lepszych koncertów na festiwalu... szkoda że nie dostali odpowiedniej głośności, świateł i zmroku.. mógł być naprawdę odjechany szoł.
Ale bardzo pozytywnie... chyba żadnego nowego utworu nie słyszałem, czekam na jakiś koncert, gdzie będą gwiazdą.
Po Myslovitzu... Manic Street Preachers... Zespół chyba nie tak znany w Polsce (chyba ze względu na trudną nazwę) Ostatnia ich płyta mi się podobała, więc z chęcią obejrzałem i wysłuchałem...
Technicznie - idealnie, głośno, wyraźnie... wokalista jest doskonały, muzycy dają radę... Cały czas wszystkich nurtowalo pytanie czy basista to kobieta czy facet...
Na początku koncertu rzekłbym na 100% że to baba, tyle że wielka :)
Potem okazało się że to facet... wątpliwości rozwiewa Wikipedia... Koleś lubi się przebierać na koncerty w spódniczki i odkurzać mieszkanie... Więc technicznie był to facet :D Choć statyw mikrofonu cały w piórach, fryzura, makijaż, zachowanie i ubiór mogły być mylące :)))
Z przyjemnością wysłuchałem co mają do zaśpiewania i zagrania... choć według mnie Manic Street itd.. to taki band co nawet na maxa osiągnie tylko 90% mocy... Jest dobrze, ale jakoś brak im czegoś co by wyrwało ze skarpet, oszołomiło i wywołało ciary. Można posłuchac w samochodzie, lub jako tło... Chyba taki styl pop-rockowy, gatunek mniej skoczny. ... "ale w sumie bardzo pozytywnie" :)
No i potem gwiazda... Cris Cornell... Tak szczerze to sądziłem że nie bedziemy do końca i wyjdziemy gdzieś w połowie jego koncertu. Jego ostatniej płyty nie da się słuchać (nagrana z nijakim Timbalandem).. jakies popowe gówienko: elektroniczne aranżacje rodem z Lady Gaga czy innego murzyna...
Do tego pamiętam kilka nagrań koncertowych Soundgarden i Cornella ... zawsze fałszował, śpiewał "obok" i w sumie to zawodził... (W sensie że wył i w sensie że słabo mu szło)
Studziłem podjaranie Ani, mówiąc, że uroda to nie wszystko i że koleś da plamę...
No i teraz muszę wszystko odszczekać...
Może pierwsze dwa utwory (jego solowe) jeszcze nie grzały na maxa...
Ale potem ... "outshined" z kolekcji Soundgarden, "Show me how to live" z Audioslave, "Hunger strikes" - Temple of the dog... same przebojasy, czadowo zagrane i wspaniale zaśpiewane. Cornell potrzebuje po prostu dobrego zespołu, co zapodaje fajne riffy wtedy tworzy doskonałą całość... choć utwory z jego płyty, zagrane "po rockowemu", z czadem ... też się broniły... "Scream" wyszło naprawdę monumentalnie, gdy klawisze wymienić na gitary... (powinien nagrać tą płytę w drugiej wersji... rockowej). Genialnie wyszedł "Spoonman" SOundgardenowy.... w środku (tam gdzie te łyżeczki) weszło solo na perkusji... koleś naprawde szalał... przeszło to Zeppelinowego Moby Dicka (przynajmniej mi sie tak wydawało)... a potem w "Good Times Bad Times", swietne zapiane przez Cornella.. i powrót do spoonmana... tu mi szczęka opadła. Bezimienny zespol który towarzyszył Crisowi, był naprawdę dobry.. oczywiscie nie było to Audioslave z Tomem Morello, albo Soundgarden... ale dawali rade i robili szoł. Im mocniej grali tym bardziej mi sie podobało - szybkie i chaotyczne "rusty cage" było świetne... pod koniec oczywiscie "Black Hole Sun" i cała publika sikała i śpiewała. Jak to zwykle pod koniec dnia - dźwięk był doskonały, stopa grzmiała aż ziemia drżała, kolumny ryczały (miescami bas aż za głośno). Światła dopełniały atrakcji rozkręcone na full...
Prawdziwy dobry koncert, profesjonalny i porywający... dużo dobrej muzyki.
Iść na Cornella to jak iść na 3 zespoły... On, Soundgarden i Audioslave ... (może, taki scyzoryk nie dorównuje oryginałom, ale jest naprawdę nieźle) - A wokalista jest jednak bossem i należą mu się brawa...
Ania tylko stwierdziła, że nie jest już taki ładny jak 10 lat temu :) suchar się zrobił i taki żylasty... Mick Jagger, Steven Tyler... ten typ... ale i tak było na co popatrzeć...
I tyle.. podsumowując - jak dla mnie impra udana, jak każdy mogę trochę ponarzekać i "ja bym to zrobił inaczej" .. psu na bude takie gadanie, ale sobie ulżę :)
- środa+czwartek w czasie studenckiej sesji... to nie najlepszy termin na koncert.
- cena 150PLN to jednak jest chyba zapora dla małolatów.. dla mnie to był festiwal dla starych koni...
- nie mozna jak człowiek napić się piwa, trzeba iść poza stadion do ogródka przypominającego obóz koncentracyjny
- nie daj boże usiąść dla odpoczynku na jednym z 19500 wolnych krzesełek na trybunach... (na oko było tam moze z 500 ludzi), po 5h stania nogi wchodziły w dupę, a kręgosłup przypominał rozpalony pręt (tak tak , starość nie radość).. ale ochrona dzielnie broniła pustych, brudnych krzesełek na trybunach... "kupiles bilet na płytę. to teraz cierp" :D
Swoją drogą nabywcy biletów na trybuny musieli się troszkę wkurzyć :) ...wyglądali tam smutno i dupowato :D
- że mało ludzi przyszło? Jako widzowi bardzo mi to odpowiadało - bałem się tłumów, mogłem podejść blisko sceny, nie było problemów... Oczywiście marketingowo to chyba jest piękna katastrofa i klapa... Ale wierzę, że system i jego ludzie zrobią z tego wspaniały sukces, promocję Szczecina, pływające ogrody, stolicę rocka, miasto artyzmu, święto młodzieży, prężność władz, łaska dla ludu, chleb i igrzyska... wiadomo propaganda.
Koniec wypracowania, zdjecia koncza sie wywolywac... niebawem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz