uff dwa dni fastiwalowania mineły...
W skrócie: zajebiście
Nie ma co żałować ani złotówki.
Wprawdzie nie idealnie.. ale zajebiście.
W końcu miałem okazje zobaczyć stadion Pogoni od środka, nie będąc fanem piłki kopanej, nie musiałem nawet dziergać szalika pogoniarzy, czy innej Legii.
Obiekt sprawia wrażnie .. smutne. Wszystko zapuszczone, popękane, na krzesełkach jakiś zielony nalot...
Po wejściu w oczy rzuca sie niewielka ilośc ludzi.. szumne zapowiedzi liczyły na 20tys widzów.
Juz w wyobraźni bałem się, że będziemy gdzieś stłoczeni na końcu płyty, pod przeciwną bramką w wypełnionym po brzegi stadionie...
A tu po wejściu.. zaledwie jakiś tłumek pod sceną... no i dobrze.. nie lubię tłumów.
Szybkie piwo, w obozie zamkniętym dla pijących piwo - brakowało tylko wieżyczek strzelniczych i psów.
Wejście i wyjście pod pełną kontrolą, byle by nikt przypadkiem nie wyniósł kubeczka z piwem.
Odpuścilismy HappySad na rzecz piwa, chyba słuszny wybór.
Czas na Comę... po raz trzeci(?) w Szczecinie w okresie pół roku...
Ale spoko, zagrali, było nawet nieźle, choć cicho i niezbyt równo nagłośnione,
w pełnym słońcu i dla garstki.. ale było nieźle.
"Jeżeli piękno zasługuje na potępienie
Jeżeli mądrość potęguje jedynie zło
Jeżeli szczęście jest przeszkodą dla zbawienia
To osądzi mnie bezduszna wieczna noc... tralalala"
Czasami ciary przechodziły...
Potem na scene wyszła Pani Nosowska i zaspół Hey... legenda Szczecina...
Zespół uznał, że jego muzyka wybroni się sama i ruch sceniczny oraz kontakt z publicznością zapewniała Pani Kasia. Tzn stała jak słup soli, i głosikiem uczennicy podstawówki po kazdej piosence mowila "dziekujemy bardzo". Może mają swoje dobre chwile, może komuś mogą sie podoboać teksty Nosowskiej - ale jako zespół koncertowo-festiwalowy - żenada, o ile do tej pory tolerowałem i jakoś tam ze wzgledu na wspomnienia trawiłem.. to teraz moge nareszcie spokojnie powiedzieć.. nie cierpię Hey, nie lubię Nosowskiej.
Najgorszy (niekoniecznie muzycznie) występ festiwalu dla mnie.
W połowie wyszliśmy na siku.
W tym momencie, około 20:00 siedząc na trybunach, jedząc kanapkę i spoglądając na marny tłumek w dole, moja ocena festiwalu oscylowała w okolicach 3/10, nie 150PLN ale jakies 20PLN.. nawet lepiej sie bawiłem na darmowych imprezach...
Ale co tam - Kaiser Chiefs - najpierw wciągnęli banner, potem przebudowali troche scenę na żółto-pomarańczowo i ruszyli. Kajzerzy grają na płytach takie skoczne pitu-pitu. Jednak na koncercie zrobili z tego taki Czadowy i energetyczny show, ze kapcie spadają. Wokalista okazał się faktycznie jednym z najbardziej "żywotnych" frontmanów na obecnej scenie rockowej. ganiał jak opętany, zagrzewał, pchał się na rusztowania, ganiał, skakał, śpiewał... i ganiał.. Przeboje sypali jak z rękawa, wszyscy podskakiwali, było głośno, soczyście, energetycznie. Słowo "zajebiście" ciśnie się na usta...
Najlepszy koncert dnia. (przynajmniej dla mnie) 90 minut najostrzejszego Indie-rocka jaki mozna sobie wyobrazić :) Potwierdzili wszelakie pogłoski, że to jeden z najlepszych koncertowych zespołów Anglii i świata. Kontrast z polskim biednym Hey był tak duzy.. zaraz.. kto to jest Hey?
Potem wytoczyła sie gwiazda wieczoru... Limp Bizkit.. .dokładnie tacy jak sprzed 10 lat. Fred w przepisowej czerwonej czapeczce, gitarzysta w całości pomalowany farbami. Dostali najlepszy dźwięk, światła i zmrok. Dużo hałasowali, ale tak naprawdę muzyki to w tym nie ma za wiele. To jest takie rap-metalowo napierdalanie. Może się podobać i się podobało.. większość ludzi przysła chyba na Limp Bizkit, bo nagle zrobiło się tłumnie i gęsto, a rozszalali, spoceni, pryszczaci, skakający piętnastoletni kolesie (więksi ode mnie) skutecznie utrudniali dopchanie się bliżej sceny. Impressive show.. ale troszkę mnie zmęczyli tym jazgotem.
Fani byli w siódmym niebie...
Północ wybiła, na koniec temat z "mission impossible" na bis jeszcze naprawde rozgrzał publikę, przyznam że też mi noga chodziła... i koniec...
Siup do domku, w uszach szum, wiec było dobrze...
Zmęczeni ale szczęśliwi.
Troche denerwuje to stopniowanie świateł i dźwięku, W końcu to nie koncert Limp Bizkit, tylko festiwal, a tylko oni dostali prawdziwą dobrą oprawę audio-wizualną... ale i tak było nieźle.
Kaiser i Limp pokazali jak się gra i w sumie 75PLN za taki wieczór - to normalnie wyprzedaż.
Organizatorzy się pewnie nie cieszą.. ale mi sie podobało, że tak mało osób przyszło :)
Zrobiłem 80 zdjeć.. 20 do kosza... zostało 60 znośnych...
Zaraz jakiś pokaz tu zmajstruję... ale to za chwile, bo czasu jak zwykle brak.
O dniu drugim popiszę po weselu.. na które się własnie wybieram...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz