wtorek, 28 kwietnia 2009

Koniec wycieczki - home sweet home

OK, czas zakończyć opisy wycieczki.. tfu szkolenia :)
Bo już dawno siedzę za biurkiem i wdrażam się w codzienny kierat...
Piątek zaplanowałem na dokończenie przygody z Rzymem, drinka z Benedyktem i powrót do domu. Prawie się udało... prawie...
Metrem podskoczyłem jak najbliżej Watykanu i zajrzałem na plac św Piotra.
Jest nieźle... rozmach budowli przytłacza. Benedykt niestety nie pojawił się w oknie, może miał ważniejsze sprawy... Machnąłem parę zdjęć na odchodne, zdążyłem jeszcze zaliczyć Castel st. Angelo inaczej zwany mauzoleum Hadriana - super budowla, jeszcze z czasów Rzymskich, wysoka na 50m cylindryczna twierdza ze wspaniałym widokiem na miasto.
Robi wrażenie... (...pomyślałem chyba po raz setny)
Wlazłem na czubek, popatrzyłem , obfotografowałem i czas się było już zbierać...
Jak przypadek rządzi naszym losem...
Na placu św Piotra spotkałem znajomego amerykanina z mojego kursu, od słowa do słowa, zgadaliśmy się że lecimy prawie tym samym samolotem, on ma wypozyczony samochód, więc zaproponował, że mogę się zabrać z nim na lotnisko... spotkamy się przy stacji i wio...
Cholera.. piękny gest i miło się gadało.. ale lepiej żebym go nie spotkał.
jak mówią "Nie ma tego dobrego, co nie mogłoby się spieprzyć".
Udało mi się dotrzeć na spotkanie i ruszyliśmy w kierunku lotniska ok 2h przed wylotem... z reguły droga zajmuje 30-40min autobusowi. NIestety Włosi rozpętali jakiś chory mega-korek i praktycznie więcej staliśmy niż jechaliśmy, w dodatku GPS nie popisał się dokładnością, albo kierowca skęrcił 15m za wcześnie - trafiliśmy oględnie mówiąc na nienajkótszą drogę do lotniska...
To chujowe uczucie przez 2h spoglądać na zegarek i liczyć na cud, że uda się zdążyć... można obgryźć paznokcie. Amarykanin w połowie drogi juz stwierdził, że nie zdążymy.. ja jednak chciałem sprobować.
Dotarliśmy w pobliże lotniska ok 20min przed wylotem... jeszcze oddanie wozu do wypożyczalni, 300m truchtu... i dziękujemy... lot już zapakowany, nie przyjmujemy, prosze kupic sobie bilet na jutro...
Wiem że takie są przepisy lotniskowe.. ale miałem ochotę wymordować całą obsługę...
tak blisko domu... wszystko pod górkę.
Cóż... kupiłem bilet na poranny lot (nie chcecie wiedzieć za ile), wróciłem do centrum Rzymu i nawet o 22:30 udało mi się zdobyć miejsce w Hotelu z dwiema gwiazdkami. Hotel... kamienica 100m od Roma Termini z windą w formie klatki, jaką tylko widziałem na filmach (i tak mam w domu straszniejszą). Na każdym piętrze inny "hotel". Pokój w 90% zajmowało łóżko, był na szczęscie jeszcze prysznic i kibel. Nad łóżkiem wieelkie lustro... taa... ;-) wiemy o co chodzi, niestety nie miałem ani kasy, ani ochoty na poznawanie perwersyjnej strony Rzymu :).
O 6:00 z powrotem na lotnisko...
Lot bez przeszkód...
Tym razem piękna pogoda... i cofam poprzednie słowa o braku atrakcji w czasie lotu - widoki były zajebiste. Włochy, Alpy (Szwajcaria?), Niemcy... piękne.. poczucie wiszenia gdzieś wysoko, faktycznie prawie jak ptak - Robi wrażenie (101)
Berlin..., bus do Szczecina - DOM!!!! O jak fajnie wrócić do córki i żoneczki!
Wyjazdy i rozstania chyba są czasem potrzebne aby docenić jak fajnie jest w rodzinnym domu.... Z pewnej odległości i perspektywy ocenić, kto jest ważny, kto cię wspiera, kogo obchodzi twój los, kto tęskni... o dziwo z daleka widać więcej :)

Podsumowując - przygoda zajebista, mimo częstych deszczy, mimo spóźnienia na lotnisko - prowincjonalnie mówiąc: fajnie jest podróżować, uczucie swobody i odwiedzania dziwnych miejsc... bezcenne. Prawie 10/10 .. powiedzmy ze 8.5/10. Samotne podróże mają sporo zalet, niezależność, łatwiejsze decyzje... ale chyba jednak lepiej zabrać kogoś, najlepiej mało marudnego i kochanego, we dwoje podróże smakują lepiej... chyba :D

Zdjęcia .. doczepię jeszcze kilka później.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz