Dwa kotleciki na pustym talerzu przynajmniej tez jakies jadalne.
Ostatnia szansa aby sie wyrwac z tej pustelni, zobaczyc troszkę Włoch.
Łapię służbowy autobusik na stację - a stamtąd mam nadzieję złapać autobus do Seremonety.
Malowniczo połozony zameczek z XIw (?) i historyczne miasteczko na szczycie górki.
Na przystankach włoskich, na próżno szukać jakiś tabliczek, rozkładów, spisów lini, o planie nie wspominając.
Dobrze że byłem internetowo przygotowany i wiedziałem mniej więcej co i jak.
Choć napięcie pozostaje, gdy nie wiesz czy stoisz na dobrym przystanku, nie znasz dokładnej godziny przyjazdu.
Autobusy są nieoznakowane, wszystkie takie same.
Zaznania 4 osób dały mi dopiero jakiś obraz rzeczywistości.
Serpentynami pod górkę i po 40min jestem na czubku średniowiecznego miasteczka.
Słońce grzeje, jest cool.
Na miejscu uczta dla oczu, z jednej strony widok na wyższe góry, z drugiej na równinę Latiny,
a w środku po prostu średniowieczne miasteczko, jak wyjęte z filmu, scenariusza Warhammera,
książki historycznej, czy co tam czytacie...
Zdjęcia, przechadzki, chłonięcie atmosfery.
Jest późno, więc na całe miasteczko jest może razem ze mną czterech turystów.
Cisza, spokój, inny świat.

Zza gór wyskakują ołowiane chmury.. i w ciągu 15minut ze slonecznego popołudnia robi się burza z piorunami,
ulewa i wogóle sajgon. Błyskawice walą naokoło.
Zdążam wypić kawkę (1.20EUR) i piwo (3EUR/0.33L) w nastrojowej kafejce - (relaks oh relaks).
Zaraz potem rozpętuje sie wichura, parasole są zwijane, ja ruszam w kierunku przystanku.
Moj wspaniały parasol za cholerne 5EUR z Rzymu zamienia się w antenę...
pieprzeni arabowie - sprzedają jednorazowe parasole - tkanina specjalnie jest przyfastrygowana cienkimi niteczkami do drutów,
tak że nie ma to szans na przetrwanie byle podmuchu wiatru.
Strach z takim czymś iść przez burzę na czubku góry... parasol-piorunochron ląduje w koszu.
W strugach lejącego deszczu stoję pod drzewem (wiem- też nie wolno, ale wybrłem najniższe :D)
Na przystanku oczywiscie zero informacji, w zasadzie to nie ma przystanku, wiem tylko ze gdzies tu być może pojawi się autobus.
Wychodząc, gdy kierowcy pokazałem karteczkę z napisem: "19:45 Latina - Return(Ritorno)? ".
Odpowiedział mi z usmiechem długim zdaniem, prawdopodobnie podrzędnie złożonym, z które nie zrozumiałem ANI JEDNEGO słowa.
A oczekiwałem tylko krótkiego "si" lub "no".
Nevermind - kolejny raz, w napięciu oczekuję czy pojawi się jakiś transport.
Tym razem, na odludziu, pośród deszczu i błyskawic - więc kamień mi spadł z serca, gdy dojrzałem jednak o dziwo o 19:40 autobus.
Potem hops w kierunku stacji, kolejne 40min oczekiwania, hops do bazy i już jestem mna miejscu.
Przemoczony, głodny, zmarznięty ale jednak zadowolony.
W aparacie około setki zdjęć, w głowie trochę wspomnień...
I poczucie, że nie marnowałem czasu - na 35 osób byłem JEDYNYM, który się skusił na opuszczenie hotelu.
Czas się pakować...

zdeterminowani zazwyczaj osiągają więcej ale
OdpowiedzUsuńna szczęście dzielą się z leniuchami owocami swojego zapału ;)
...respect