sobota, 30 stycznia 2010

Time to say goodbye.

Rzadko kiedy tydzien "w pracy" mi tak szybko mija :)
Juz piątek... Wszystko zrobione do południa.
Czas na pożegnalne wiwaty, przemówienia i oficjalne informacje o sukcesie konferencji.
Wszyscy czekają na popołudniową wycieczkę turystyczną, oraz późniejszą "tradycyjną kolację".

Dobra, oficjalne zamknięcie odfajkowane.
Pakujemy się do autokarów i jak zwykle poprzedzani policją na sygnale jedziemy ok 20km za miasto. Miesce nazywa się tak że nie idzie zapamiętać nazwy. Jest to kolebka armeńskiego chrześcijaństwa. Nieduży Kościół otoczony budynkami klasztoru.
Klimatyczne, piękne, ale bez przesady. Wdg mnie Za bardzo nie szaleli z kosciołami. Raz że są raczej nieduże, dwa - wszystkie wyglądają niemal identycznie.
Najciekawsze jest pomieszanie stylów, troszkę gotyku, duza garsc romaństwa i szczypta muzułmańskich ornamentów.
Jest cała ładna legenda, pełna przemocy, romantyzmu, naiwnej pobożności i zbrodni, o mordowaniu dziewic i handlu żywym towarem - która tłumaczy owe tajemnicze i entuzjastyczne chrześcijaństwo Armenii.
Polityczna prawda jest nieco bardziej prozaiczna. Władca "któryśtam" po prostu chciał zjednoczyć ludy mocno podzielone na plemiona w tym terenie, coby jego księstewko nabrało rumieńców i trochę większe było...
Idea jednej religii z jednym bogiem, pomagająca zjednoczeniu: dobra jak każdy inny komunizm, nacjonalizm czy wspólny sztandar. Udało się szybko wprowadzic w życie i już w III wieku oficjalnie został wprowadzony jeden i jedyny słuszny Bóg.

Postaliśmy, popatrzeliśmy, posłuchalismy obcykaliśmy dookoła kosciół i w drogę z powrotem.

Chwila na założenie krawata i znowu w drrogę... jedziemy gdzies na peryferia, gdzie czeka na nas wyrypana w kosmos, bolszaja, nowoczesna restauracja (jest nas ok 300ludzi).
No i jest full wypas. Zespół wojskowy śpiewa dziarskie melodie, co chwile wpada na środek grupa tancerzy i robi narodowe popisy. W przerwach toasty i przemówienia.
W kulminacyjnym momencie z estrady rozlega się tutejszy przebój:
"Na dobre i na złe..." :D serio, podobno nasza mydlana opera o fantastycznym szpitalu robi tu furrore i jest na topie :)

Można popróbować miejscowej wódki (lepsza niż polska), wina, jagnięciny (twarda), sałatek, oliwek i co tam jeszcze. Jak na takie wesele to troche za mało dań na ciepło... flaki albo bigos.. to by było coś :D

Niespodziewanie rozlega się informacja, że autobusy już czekają i koniec imprezy. Cóż... kończyć imprę tuż po 22 to troche smutno. Kontynuujemy w hotelu.

Na drugi dzien to już sobota, zmuszam sie i wstaje na sniadanie przed 10. Mocno suszy, ale mam w planach jeszcze zaliczyć miejscowy targ. Nawet jest niedaleko. Wprawdzie rozpoczyna się tzw. rupieciarnią..ale dalej jest niezle... biżuteria, dywany, garnki, obrazy, rzeźby.
Dosyć popularną grą tutaj jest Backgammon i biłem się z myslami czy sobie nie sprawić pięknej drewnianej planszy. Ale te fajne były w wariancie XXL wielkie i drogie... nieco mniejsze i na moją kieszeń za to o wiele brzydsze, bez charakterystycznych czarno-białych trójkątów. Wydaję wszystko co mam na popierdółki i badziewka pamiątkowe.

Bus na lotnisko... celnicy, terminal odlotów, samolot, lot. nic ciekawego.
Przy wylocie nowy terminalsprawia o wiele lepsze wrażenie. Fajne komfortowe fotele z widokiem na pas startowy, darmowe WIFI, przestronnie, czysto nowocześnie.

Dowiedziałem się że stara część terminalu z szaloną architekturą "nowoczesną" z lat 50-60 grała w "Akademii Pana Kleksa" bazę głównego czarnego charaktera... faktycznie wygląda odjechanie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz