poniedziałek, 6 września 2010

Soldier's life



A więc jestem w Grafenwoehr...
Od stu lat ktoś jest tu trenowany jak sprawnie i szybko wyeliminować przeciwnika...
Począwszy od niemców cesarza szykujących się do I WWŚ, poprzez panów w charekterystycznych hełmach, wizytowanych przez pewnego nieutalentowanego malarza z wąsikiem z Austrii, do amerykanów, którzy siedzą tu od konca wojny do dziś.

Nawet Elvis the king odbębnił tutaj swoją służbę wojskową.

W środku tego ogromnego kompleksu leśno-łąkowego siedzi normalne miasteczko.
Gdzie amerykanie trzymają swoje grube żony.
W miejscowym sklepie wieje ameryką... jest flaga, ceny w dolarach, jak mówiłem grube amerykanki, napakowani amerykanie, akcent rodem z texasu, T-shirty poniżej XXL nie do kupienia, hamburgery wielkości piłki do kosza, samochody o pojemności wiaderek, stacja benzynowa gdzie za galon płaci się 3.30$ .. .sami policzcie.
Niestety tylko dla "miejscowych".

Reszta żołnierzy nie ma tak dobrze, oczekując wysyłki do Kabulu, albo będąc na ćwiczeniach, kiblują w 40-osobowych barakach. Nic specjalnego.

O szczegółach życia, ćwiczeń i picia.. nie będę się rozwodził, bo mania bezpieczeństwa jest powszechna. Niestety zdjęć nie da się robić... więc pozostają tylko opowieści przy piwie :D

Ogólnie praca trwa do oporu... z reguły 12h jak dla mnie to odrobinkę za dużo.
Choć połowa biega ogarniając chaos, druga połowa siedzi na zebraniach, trzecia połowa gra w pasjansa, czwarta bezczelnie ściemnia... ja niestety należę do tych walczących z chaosem ;/ reszta to nuda.. bo nie posiadłem jeszcze tej umiejętności (zapewnie wytrenowanej) skupienia się w tym rozgardiaszu i czytania książki, czy chocby pisania bloga....


no dobra... troche zdjec zrobilem :D polski sprzęt nie jest tajny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz