wtorek, 17 sierpnia 2010

Trip to the moon...

Tak musieli się czuć Amstrong , Aldrin i Collins (czy ktoś pamieta o Collinsie?) gdy na czubku kilkudziesięciometrowej kolumny dynamitu zamierzali trafić na księżyc...

Ania już wyprasowała całą szafę...
umiesciła to wszystko w walizkach... na pewno nie bedziemy się prezentować wygnieceni.
Ja zapakowałem 11 gier do torby z IKEI.
Nawigacja zapakowana pirackim softem
Akumulatory aparatu świeżo załadowane.
Samochód zatankowany.
Poziom wody w chłodnicy i płynu hamulcowego NIE sprawdzony.
Olej w normie.
Książeczki zdrowia nie podbite... ale jeszcze chwilę aktualne.

Bo ruszamy na wakacje, ostatnie podrygi ale zawsze. Za to ma być wypas z przytupem...
Trasa wiedzie w rejony powodzi... dolny śląsk, Nowa Ruda.
Znowu odwiedziny u kochanego Wojtka-WC.
Słowo "kochany" - jak najbardziej zasłużone. Choć niektórzy zamiennie użyliby "wariat". Z drugiego końca Polski zaprasza faceta poznanego w internecie. Przekonuje do tego swoją rodzinę. Udostępnia swój salon. Kupuje obiady w okolicznej stołówce i zapewnia rozrywki... jeśli do tego przegra w jakąś grę... będzie Złoty facet. Kochany Wariat.

W samym środku tego zamieszania, planujemy wyskoczyć do Krakowa na wieczór z "Panic! at the Disco" i MUSE. Coke Live Festival.
O ile zespół pierwszy o dziwnej nazwie znają jakieś trzy-cztery osoby w Szczecinie (wliczając naszą rodzinę) jest bliski genialności, to o Muse juz wspominałem... "najlepszy zespół świata"będzie dobrze, nie ma bata.
Najbardziej przerażony jest nasz Vento, niby wymagane jest od niego ok 18 godzin nieprzerwanej pracy .. co to dla niemieckiego, czołgowego diesla... ale kilometry robią wrażenie.

Więc podróż na księżyc jak najbardziej... kosmiczny zespół w najdalszej częsci trajektorii, apogeum towarzyskich spotkań i połączenie przy stole niczym Sojuz-Apollo i techniczne wyzwanie o dużym stopniu ryzyka... jedna awaria paska, śrubki, czy innej rurki i jesteśmy w czarnej dupie.

Będę przesyłał meldunki z orbity...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz