środa, 25 sierpnia 2010

Muse - najlepszy zespół świata?


Tłuc się na drugi koniec Polski, żeby zauczestniczyć w 1.5 godzinnym występie...
Pomysł zawierający dosyć mało rozsądku.
Ale niektórzy drałują znacznie dalej, żeby poleżeć na plaży, wiec wszystko jest względne.
Czy było warto? Czy spełniło oczekiwania?
Hmm... tak, chyba tak .. jak najbardziej tak...
Krótko mówiąc cała wycieczka była była fajną przygodą. Dotrzeć do Krakowa, trochę się rozejrzeć, zjeść lasagnię na rynku i wpaść na festiwal - super.
Jechaliśmy tylko i wyłącznie na Muse , plus wisienka na torcie "Panic!At the Disco".
Coke LIve Festival to raczej taki lekki spęd, bardziej dęsowy.
Choć myślę, że 80% z 45 tysięcy ludzi miało w planach Muse.
Na Panic! dało się wytrzymać i podejść w miarę blisko.
Chłopcy zagrali zgrabnie i dziarsko, choć ja czuję zawód ich drugą płytą.
Piosenki z pierwszej ocierają sie o genialność i to widać na widowni. Noga sama chodzi.
A druga płyta jest po prostu ... "normalna", koniec z wirtuozerskimi i zakręconymi partiami wokalnymi... ok było 8/10

...za to ten teledysk jest pojechany

No i o 23:00 gwóźdź programu. Niestety ludzi zrobiło się tak dużo, że już ze 100m od sceny było GĘSTO. Festiwale to rozrywka tak wogóle dla ludzi od 175cm wzwyż. Telebimy ratowały sytuację, choć nie wiem, co niewyrośnięte nastolatki (90% widowni) widziały w tym tłumie. Coś musiało być, bo piszczały z uciechy. Z mojego poziomu 186cm było widać nieźle, choć oczywiscie miałem wrażenie, że wszystkie dryblasy na stadionie postanowiły ustawić się przede mną.
Taa.. festiwal to jeden z najmniej wygodnych sposobów na słuchanie i oglądanie muzyki.


No i sam koncert... zaczeło się od "New Born" i grubych laserów... scena była "tylko" festiwalowa (jakieś 30% tego co prezentuje Muse na "swoich" koncertach) ale dawało po zmysłach nieźle.
Światło, muza, dźwięk i nastrój...
Same przeboje, wszystko z ogniem, waliło po uszach i oczach.
Wszystkie piosenki obcykane na pamięć, więc zabawa przednia...
Bisy z "Hysterią" i "Knights of Cydonia" to euforia i power na maksa, ruszyło cały tłum.

Na chłodno - to akustyka powinni wywalić. Dźwięk nie był idealny.. gdzieś tam pływał, raz lepiej , raz gorzej. Gitara i bas tylko od czasu do czasu pokazywały 100% mocy .. talerzy prawie nie było słychać.

W sumie to całość obrazu to się miało tylko wtedy, gdy się oglądało na żywo, jednocześnie mając w pamięci DVD z Wembley lub Glastonbury.
Jestem maksymalnie zadowolony, ten koncert MUSIAŁEM zobaczyć... ale drugi raz, taki kawał drogi, na taki festiwal... to raczej nieprędko :D

Porównanie z Rammstein?
To jak porównywać Niemiecki Panzer V Tygrys z angielskim samolotem Spitfire...
albo raczej może z promem kosmicznym :)
Niemiecki łomot, zianie ogniem i wbijanie w ziemie ciężkimi gitarami i perwersyjnymi piosenkami Rammstein, kontra finezja, futurystyczny image, lasery, natchnione teksty i również czad i hałas gitary Muse.

Technicznie Niemcy w hali łódzkiej wygrali. Muzycznie - oba do przodu.
Muse ma w sobie troche Queen, troche Pink Floyd, szczyptę Radiohead, U2, troche Jacka White'a, sporo Hendrixa, no i metalowy endo-szkielet...
Tak ... obecnie, według mnie to najlepszy zespół świata.


Zdjęcia oczywiscie tragiczne... mój Canon (zgodnie z zapowiedziami) strasznie się gubi z ostrością w takich warunkach, ale liczy się nastrój ;)

1 komentarz:

  1. taak.. porównanie panzera ze spitfire wszystko wyjaśnia takim laikom ja ja:D
    To musiał być świetny koncert:)pomimo tych wszystkich niewygód..
    fajnie macie:D

    OdpowiedzUsuń