Tak.. było pod górkę i jak zwykle okazało się, że wyszło świetnie.
6 godzin w pociągu nie jest zbyt przyjemne, ale jakos minęło.
Tak naprawdę chyba same koncerty nie były najwazniejsze...
Ten smak przygody, szwędanie się po Warszawie.
Spotkanie z Anią i Piotrkiem, których widzieliśmy ostatnio 2 lata temu, a którym nagle się władowaliśmy na nocleg - było lekkim znakiem zapytania.
Okazało się to najlepszym wrażeniem z całego wyjazdu.
Spotkanie z Natalią przy piwie, równie relaksujące i przyjemne.
Same koncerty... krótko:
Piątek... odpuścilismy sobie początek. Kolejka pod stadionem Legii troszkę nas zmroziła (ok 200m) ale poruyszała sie błyskawicznie.
Bilety, obrączkowanie i jestesmy na trybunach.
Jako totalny antykibic futbolu, to dla mnie jedna z niewielu okazji zobaczenia stadionu od środka. Muszę przyznac, że robi wrażenie. Kawał budowli, całkiem ładnie zrobione i nowe.
Zaczął The Chemical ROmance - rock dla nastolatek, zdaje sie jest to przedstawiciel sceny Emo. Brzmiało dosyc fatalnie, troszkę się przeraziliśmy że będzie naprawdę marnie.
Jazgotliwie ale przynajmniej kolorowo wyglądało :D
Zeszliśmy z krzesełek na płytę i zaczął się Skunk Anansie.
No i było zajebiście. Energia tej dziewczyny rozwala.
Do tego dźwięk, światła, atmosfera.
Mocno i rockowo.
Potem Moby - IMHO tez świetnie. Chociaż kojarzy się z syntetyczną, taneczną muzyką, to zagrał bardzo "żywo", z gitara basem, perkusją. Skoczne piosenki - Rock Your Body, Lift me up, etc... Cała płyta tańczyła.
Powrót z koncertu był dosyć długi.
Autobusy tylko normalne-nocne.. na kilkadziesiat tysiecy ludzi to "troszkę" za mało. więc troszkę zeszło.
Drugi dzień to szwędanie się po Stolicy, shopping i beer drinking.
Wieczerem juz się naprawdę nie chciało, ciepła kanapa i mrzawka za oknem nie bardzo nastrajały do wyjscia.
Odwołali The Streets.. więc został do zaliczenia Plan B i Jamiroquai.
Mobilizacja i jestesmy po chwili znowu na Legii.
Wystapiło Sistars - poza sukienką wokalistki, która wiecej pokazywała niż zakrywała - nic ciekawego. Zieeew. Choć widac że grono fanów jest spore.
No i nastał czas na odkrycie ostatnich tygodni Plan B.
Zaczęli od wystepu beatboxera, który odgłosami z paszczy porwał całą publiczność mocniej niz poprzednia godzina Sistars.
No i potem dołączył cały zespół. Świetny koncert, świetny zespół. Niby jakies takie angolenie, modsowate, nit to białe ni to murzyńskie. Ale była i melodia i kop.
Naprawde ostro miejscami (oczywiscie biorąc poprawkę na konwencję).
Bardzo mi się podobało.
Na koniec wielka gwiazda w pióropuszu - Jamiroquai.
Oh yea.. profesjonalnie, tanecznie, ale jakos tak .. nudnawo.
Wszystko OK , światło , dźwięk, ruch.. ale chyba Jamiroquai sprawdza się jako muzyka tła, na niedzielne popołudnie, albo na spokojną imprezkę...
Obeszliśmy stadion od dołu do góry (tym razem nie dało się wejsc na płytę).
Widok z górnych rzędów jest niezły. zjedlismy po hot-dogu.
(stoiska z żarciem i toalety .. dały radę, było dużo i bez kolejek)
I nocny spacer na Pragę. tym razem nie próbowalismy ZTM, od razu do celu na piechotę i poszło gładko. 4.5km w 55min.
Na szczęscie prognoza się nie sprawdziła - było ciepło i sucho, dopiero gdzies nad ranem lunęło.
rano śniadanko i pociąg... i już po 7 godzinach home sweet home.
Świetny wyjazd. Muzycznie, rodzinnie, towarzysko, relaksująco.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz