środa, 4 maja 2011

Gadżet miesiąca - ALPHA 1500

Moje fascynacje lotnictwem sięgają wczesnego dzieciństwa.
Zawsze gdzieś w poblizu miałem nieskończony model samolotu kartonowego, plastikowego czy innego.
Ok 2-3 lata temu wspiąłem się na wyżyny i skonstruowałem od podstaw 4 latające samoloty sterowane radiem.
Satysfakcja była nieziemska i emocje przy lataniu przynajmniej jak u braci Wright.
Niestety flota się wykruszyła z powodu katastrof i zuzycia materiału.

Brak czasu, brak miejsca, brak kopa w dupę powodował, że poprzestawałem przez dwa sezony tylko na czytaniu gazet i rozmyslaniu o lataniu.
W końcu ostatnio korba mnie dopadła tak mocno, ze nie odpuściła, dopóki pod drzwiami nie znalazł się pan kurier z wielką paczką.

Uznałem że jestem już na tyle zepsutym, starym i bogatym gosciem, ze moge sobie kupic nowy model w sklepie. Co zaoszczędzi Ani siwych włosów, które powstają z ogólnego rozpiździaju jaki panuje w procesie produkcji samolotu. Bez smarowania kanapy klejem, bez ścinków styropianu, bez kabelków, trocin, taśmy klejącej i kitu.
Kliknąłem, kupiłem, otrzymałem.

w skrócie.. całe święta polegały na wstawaniu o 8:00 rano i biegnięciu na łąkę i zmuszaniu tego pięknego samolotu do fruwania. Albo raczej do bombardowania matki ziemi kawałkiem styropianu z silnikiem.
Nówka sztuka nie śmigana...

Samo doświadczenie bycia na łące o 8:00 rano - jest bezcenne.
Ale..
- samolot mimo urody, lata gorzej (trudniej) niż moje średniowieczne konstrukcje.
- kolana się trzęsą
- każdy dzień polegal na doszczętnej demolce i mozolnym sklejaniu tego do kupy
- im więcej świadków tym gorsze latanie
- lądowanie szybkim samolotem JEST TRUDNE (vide Smoleńsk)
- zabawa jest świetna
- idzie mi co raz lepiej, choć okupione jest to dużym zużyciem kleju i słów uważanych powszechnie za obraźliwe;)

Po paru lądowaniach... boli patrzeć.


I znowu jak nowy... ciekawe ile teraz wytrzyma?



troszkę historii Słabego lotnictwa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz