Ano dobrze, bardo dobrze.
Odszczekuję wszystkie narzekania, zresztą mój wspaniały mózg już nie pamięta 4 dni szarych i pracowitych. Żyję nowym, wiosennym Sarajevem i mam nadzieje takie je zapamiętam.
Zacząłem dzień jak prawdziwy turysta. Wyspany do 9:00.
Obfite śniadanko, kawka, internecik.
Potem basen, pół godziny pływania.
Spory łyk śliwowicy z butalki, tak dla kurażu.
I w miasto.
Pogoda piekna, 19 stopni, nie za gorąco i nie za zimno.
Ok.. nie ma co za dużo i barwnie marudzić. Sarajevo ma niezłą starówkę, tzn stare miasto. Bascarcija [Basz-czar-czija]. Niska zabudowa, wąskie uliczki, co drugie skrzyżowanie - meczet. Wszystkie uliczki dokładnie obłożone kafejkami, sklepikami, straganami i warsztatami. No i meczetami...
Ludzi rzeka kolorowa, nic tylko siadać, popijać kawkę lub piwo i obserwować.
Laski są jednak na poziomie Armenii, większa różnorodność.. nawet niektóre te w chustach też niezłe... biorąc pod uwagę że widać tylko twarz, oczy, uśmiech.
No i nie sposób wszystkiego obejrzeć, szczególnie jeśli się szuka jakiś pamiątek, po znośnych cenach. Złaziłem to wszystko przez ok 4-5h.
Wielokrotnie tymi samymi ulicami, ale wciąż jeszcze czuję niedosyt.
(czy to te laski, czy jednak urok i egzotyka miejsca?)

Wdrapałem się na okoliczne wzgórze cmentarne (tak wyszło).
Klimat niezły - muzułmańskie nagrobki, w dole gęsta zabudowa, wieże minaretów, z lewa i prawa wzgórza i skarpy.. siedzieć i kontemplować piekno okolicy.

Potem jeszcze spacer wzdłuż rzeczki, przystanek przy ulicy gdzie Franz Ferdinand miał pecha.
Dygrsja.. to był naprawde jeden wielki chaotyczny przypadek...
Franz uniknał zamachu z bombą, zamachowcy poszli na śniadanie.
Ale po jakimś czasie cesarz postanowił zmienić plan dnia i odwiedzić w szpitalu poszkodowanych w wybuchu. Kierowca przez pomyłkę skręcił nie w tą uliczkę i zaczął wycofywać. Jednocześnie najedzony zamachowiec wyszedł z restauracji i nie myśląc wiele, wyjął pistolet i z bliska strzelił (z pistoletu Browning M1910 kalibru 7,65 mm o numerze seryjnym 19074) do wnętrza samochodu. Dostało się też niestety żonie Franza - Zofii von Chotek.
Princip (tak się zamachowiec nazywał) następnie połknął kapsułkę z cyjankiem i rzucił się do rzeki...
Plan nadal się kiełbasił, bo cyjanek dziwnym sposobem spowodował tylko gwałtowne wymioty, a rzeka... miała w tym miejscu jakieś pół metra głębokości.
Złapali, osądzili, osadzili, zmarł na gruzlice.
Zaliczyłem jeszcze wjazd na najwyższy budynek miasta (175m) i podziwianie panoramy o zachodzie słońca. Troche tam na górze wieje, ale nic to. Winda przeszklona zapewnia frajdę jak na wesołym miasteczku. Ostro daje w górę i w dół.

Powrót do Hotelu.
Potrawa która mnie tu trzyma przy życiu to Burek... i nie jest to pies... choć kto wie? Może troszkę przypomina psią kupę na zdjęciu, ale jest to zrolowane ciasto francuskie nafaszerowane jakimś mięsem (psina?) Dobre jak cholera, tanie i "syte" ;)

Jutro lot z powrotem.

Hej
OdpowiedzUsuńW Szczecinie powstaje wlasnie klub podróżnika :)
Zapraszam na http://szkapa.blogspot.com/