Jak już zajechalismy tak daleko, powstał pomysł, żeby pociągnąć sprawę dalej i zaliczyć wizytę w Gdańsku. Hotel w ośrodku dla sportowców AWF był za całkiem przyzwoita cenę, więc po zostawieniu Oli w Ustce machnęliśmy jeszcze te 150km do Trójmiasta.
Z ta kolonią zobaczymy jak wyjdzie... Szukalismy czegos artystycznego, żeby dużo nie łazili, raczej malowali i dłubali.
Ola ma wyznaczony już termin operacji kolana, więc raczej obóz wedrowny, sportowy, czy kolonia wspinaczkowa odpadła. Wyszło, że last minute, artystyczno -japońska może się nadać, choć taka tania to nie była. Na miejscu się trochę okazało, że artyzm jest mocno w kierunku Anime-Manga, Ola nie jest fanem - może jakoś to zniesie.
Póki co telefony są optymistyczne. Wprawdzie jej grupa fanek Anime została uznana przez Olę, za co najmniej dziwną, współ-anime-kolezanki od razu na drugi dzień dały się złapać na jaraniu szlugów za rogiem... ale wiadomo jak to na kolonii... zawsze znajdzie się jakiś pozytyw i chyba da się przeżyć. Zobaczymy w poniedziałek :)
Sayonara !
My zwiedziliśmy sobie Ustkę, nic porywającego. Taki Mini-Kołobrzeg. Latarnia morska - taka mała, porcik rybacki wychodzący falochronkami w morze, całkiem ładnie zrobione centrumik i promenadka, choć na obrzeżach wciąż lata 70 i syfeczek po kątach.
Nowa moda na zjedzenie ziemniaka za 6PLN - lepiej wygląda niż smakuje (jak ziemniak) ... nie polecam, chyba ze kogoś estetyczne walory sycą bardzo... albo jest z dziecmi i nie ma wyjścia.
Potem do Gdańska - ja pierdziele co ci ludzie tam przeżywają z korkami. Dojazd do Trójmiasta jest przegrany. W sumie wylądowaliśmy bliżej Sopotu niż Gdańska - więc wieczór na deptak, piwo i flądrę. Ponieważ pogoda była raczej butelkowo-spacerowa - ludzi masa.
Drobne bzdeciki usiłuja nam zepsuć odbiór Trójmiasta, ale jakoś dajemy temu radę.
A to jakiś pijak marudzi na dworcu, a to jakiś rowerzysta najeżdża Ani na piętę, a to jakieś kanary uznają, że jazda bez biletu SKMką warta jest 66PLN od łebka. Kolejka miejska niby użyteczna, ale ogólnie syficzna niemożliwie. Wieczorem strach wyjść poza głównymi stacjami.
Nevermind. Wszystko znosimy i jest dobrze.
Drugi dzień zaczynamy od Oliwy, parku i organów.
(jak sie to zwiedza z wycieczką szkolną, to to jest nuda niemożliwa - ale tak samemu... to jest całkiem do rzeczy)
Potem centrum Gdańska i Długi Targ. Tu włączamy tryb touristic-cruzing i niespiesznie wleczemy się lukając na pamiątki, kamieniczki, statki, turystki. Piwo, piwo duże, piwo małe, piwo ciemne i jasne - pomagaja wbić się w nastrój.
Wieczorem namierzamy znowu Wojtka z Nowej Rudy, który urlopuje całkiem przypadkiem w Gdańsku.
Dobra okazja się spotkać pogadać i zagrać - Pantheon. (Ania wygrywa, więc wieczór na plus :D )
Ok północy powrót na AWF i rano zwijamy żagle, bo deszcz siąpi...
Znowu masakryczny wyjazd z Trójmiasta i po 5h jesteśmy w domu.
Ufff.. koniec podróżowania... w Lipcu .. chyba :D
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Nie darowaliśmy ziemniakowi za 6 zeta!!!!!!!Popieram walory wzrokowe.Kolega stwierdził,że kupilibyśmy worek ziemniaków!!!!!
OdpowiedzUsuń