środa, 30 grudnia 2009

... i po świętach

Któż nie lubi sobie powiedzieć "święta święta i po świętach"
Dokładnie tak...
Juz po calym tym zamieszaniu.
O ile nastrój przedświąteczny zaczynał mi sie podobać, to jednak jak już doszło do wielkiego finału to było raczej płasko.
Wigilia.. to taki dzien, na który wszyscy czekają.
Cały dzień od rana w zasadzie nie do wykorzystania. Nic nie można zrobić bo "zaraz wigilia", nigdzie pójść, z nikim się nie spotkać. Pozostaje czekać aż się zacznie.
Kto ma zajęcie w kuchni ten jest szczęsliwy, dumny i dziarsko zapracowany. Opłatek i zyczenia, które niemal wszyscy traktują jako zło konieczne i po paru "wszystkiego najlepszego" mamy to z głowy. Potem kilkanascie osób upycha się przy stole i zaczyna się konsumpcja z trudem wytworzonych przez ostatnie 3 dni dań.
Potem prezenty... to w sumie miłe... zawsze miło jest coś dostać. Trzeba spojrzec na to troszkę szerzej i że komuś się chciało, choćby 15 minut spędzić kupując Ci ten krawat, czekoladki lub skarpety to już coś znaczy... pod warunkiem, że faktycznie spędził te 15 minut. (Ja jestem zadowolony, bo dostałem nieco ponad czekoladke i skarpety i w dodatku nie wszystko sam sobie kupilem :D )
Prezenty odfajkowane (więcej jednak czasu zabiera i przemyśleń dostarcza ich kupowanie), to czas się zbierać na kolejną wigilię.
1 i 2gi dzien swiąt tez głównie wokół stołu... od rana przygotowania, potem jedzenie, potem picie, potem dogorywanie... jedni drzemią, inni narzekają z przejedzenia, reszta ogląda TV.
Tradycja.
Ok. Ogólna ocena świąt 5/10 (z prezentami: 7/10)
Wolę spotkania w mniejszym gronie, nawet bez okazji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz