wtorek, 23 lipca 2013

Z powrotem w kieracie...

Zwyczaj chwalenia się wojażami, sięga pewnie czasów Aleksandra Wielkiego, albo i jeszcze dalej wstecz. Głównie polega to na wyolbrzymianiu naszych doznanych przyjemności, polepszaniu pogody zastanej, obniżaniu kwoty pieniędzy jaką wydaliśmy, zwiększaniu ilości łupów jakie zgromadziliśmy i ilości alkoholu, który wypilismy...

Tak więc nigdy nic naprawde nie wiadomo, czy w tej Tajlandi opowiadacz siedział w kiblu z biegunką, czy faktycznie pił martini z parasolką na egzotycznej plaży.
Wartość opowieści wakacyjnych jest największa dla opowiadającego... Słuchacz ma to gdzieś pomiędzy zeszłorocznym śniegiem, a rozkładem jazdy pociągów w Albanii...

Tak więc... drugą część urlopu spędzilismy rodzinnie jak przed rokiem... w tym samym miejscu - domek nad jeziorem w Siecinie.
(już to brzmi, jak najnudniejszy wstęp do najnudniejszej opowiesci z nudnych wakacji :D )

Warunki o oczko lepsze niż przed rokiem... w pokojach założono plastikowe okna i zrobiono wyjście na taras, gdzie pojawiły się "leżaki" zbite z niecheblowanych dech.

Wbrew pozorom - to wystarcza aby cieszyć się wypoczynkiem.

Złotym posunięciem było zabranie koleżanki Oli, wynajęcie im dodatkowego pokoju i udawanie, że to nie nasze dzieci przez większą część pobytu.
Wprawdzie koszta nieco wzrosły, ale święty spokój - nie ma ceny.

Zgrabnie się złożyło, że wśród sprzętu pływającego, dostępne były dechy windsurfingowe....
Fajnie patrzeć, jak ludzie są totalnie masakrowani przez odrobinę wiatru i szmatę na kiju, (nie mogąc ustac na desce dłużej niż 15 sekund, nie mówiąc o płynieciu w jakimkolwiek kierunku, pijąc wodę z jeziora litrami, brnąc w trzcinach, ryzykując utonięcie i śmiech obserwujących)...
Tak, windsurfing to chyba najbardziej poniżający sport wodny, dla początkującego...


Ponieważ pływałem ostatnio jakies 10 lat temu, z pewną obawą też spróbowałem...
Biorąc poprawkę na przechwałki urlopowe... udało się zajebiście - tak jak z rowerem - tego sie nie zapomina. radości było co niemiara...  na łapach pęcherze od codziennego wiszenia na żaglu.


Drugą radością, był Netrunner i Gra o Tron karciane, które niespodziewanie dobrze zostały przyjęte  przez Anię. W sumie ponad 15 partii... czy może być lepiej na urlopie? :D
Więc coś dla ciała , coś dla ducha...   

Ile kasy poszło, ile alkoholu, ile przygód ... więcej nie ma co wymieniać - i tak nikt nie uwierzy :)










aha... zamiast całego tego pisania, z którego byc może nie wynika, że było świetnie, wystarczyłoby napisać jak na pocztówce...
"Jest tu fajnie, pogoda fajna, dobrze się bawimy...  szkoda, że Was tu nie ma "

Bomba

3 komentarze:

  1. A właśnie, że jesteśmy ;) Czytam opis domku rozglądam w około i myślę "o w mordę pewnie minęliśmy się w poprzednią niedzielę". Szkoda bo nie musiałbyś ściemniać na temat ilości wypitego alkoholu ;) Przed chwilą pakowałem do torby Laudersa, który z braku kompana wyparował zaledwie w 1/3, ...może innym razem.
    Ważne jednak, że już nie zazdroszczę (poprzedni wpis), sam dłubałem rozkosznie w nosie przy wyśmienitej pogodzie. Pomyśleć, że znalazłem to miejsce 4 dni przed przyjazdem i trafiłem dokładnie tam gdzie Ty :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha! niezły zbieg okoliczności - też pokój w tym pawilonie? :) Nastepnym razem trzeba tylko dopracować synchronizację... bo 0.3 Laudersa na tydzień to zdecydowanie zbyt mała i szkodliwa dawka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, ten sam pawilon ale pokój inny. Wnioskując po zdjęciu to mieszkaliście w nr 3 lub 4. Co do synchronizacji to... może w przyszłym roku ;)(ta ładniejsza połowa zarzeka się, że jeszcze tam pojedziemy).

    OdpowiedzUsuń