czwartek, 11 lipca 2013

666 - number of the beast

Iron Maiden - drugie podejście.
Na pierwszym koncercie byłem sam.. i cóż.. musiałem komuś pokazać jakie to fajne.
PIerwszą nasuwającą się ofiarą - własna żona.
Bilet kupiony ponad pół roku temu...
Więc jakby niby urlop, niby plaża, niby wypoczynek... a tu : IRON MAIDEN.

Głupio sie złożyło, ze Opener rowniez w tym samym czasie, wiec raz, że trudno o jakis tani hotel...
dwa .. samemu sie chce zajrzec na Openera... Arctic Monkeys, Editors, Queens of the Stone Age.. to name a few...
Nevermind.. spać nam przyszło w "apartamentach GIM" ..coś pomiedzy adoptowanym garażem w stanie deweloperskim a wilgotną sutereną w niechcianej dzielnicy :D
Ale uszło...

KOncert: tłumy koszulek z Ironami.. młodzi i starzy...
Sala Ergo Arena ... spora :D
Rozgrzewacze... już o nich zapomniałem...

Iron - oh yeah.. po 3 pierwszych piosenkach pomyslałem że to najwiekszy koncertowy zawód życia (?) :D
Wszystko cacy... Bruce biega po scenie... ale dźwięk jak ze starego wiadra...
Grundig/Kasprzak na kasety... tak to kiedys słyszałem ... i teraz to samo :D
z trudem idzie rozpoznać utwory... wszystko gugla i harczy...

dopiero po paru piosenkach .. ktos tam ruszył suwaki.. i my sie przesunelismy nieco dalej ...
zaczeło grać....
 photo trooper.gif

Wyjebiście...
było tak jak miało być...
CO prawda nadmiar efektów jest taki.. że jak nic sie nie dzieje w utworze...
nikt sie nie pali, nie ma kukieł, sztucznych ogni, rekwizytów...
to przechodzi cie myśl.. "what da fuk? TYLKO piosenka? co ta ma być? gdzie jest show?"

ale cool ... muzycznie tez jest uczta... jest to odtworzenie trasy z roku 88.. + kilka nowych hitów...
czyli niby zjadanie własnego ogona... ale tak czy siak... power!

Na koniec Ania wyznała... że wokal Bruce Dickinsona jest totalnie niestrawny i dopiero na koniec zaczęła się przekonywać....
Ale co tam...
Ogólnie niezłe widowicho.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz