Co za piekło, akurat gdy zamierzałem uruchomić samochód, rozpętało się jakieś białe szaleństwo.
Trąby powietrzne, wirujące tumany śniegu, wiatr w oczy i pośród tego ja z akumulatorem w ręce i dziecięcą łopatką w drugiej, rozbrajający zaspę śniegu, pod którą zalegał mój panzerkampfwagen.
Szczęście - zapalił od razu.
Potem tylko nierówna walka o wyjechanie z mojej okopanej pozycji bojowej.
Potem tylko podjazd pod tor saneczkowy niesłusznie zwany ulicą Willową.
Potem tylko wjazd na Kasprowy Wierch na którym znajduje się warsztat... (udało się za 3cim razem) 50 minut i z głowy... siedzę już ze szklaneczką whisky w ciepłym domu i wytrzepuję śnieg z włosów...
Ahh zima zima ... czas na sanki!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz