Jak zwykle korciło mnie, żeby nie było to banalne picie przy grillu...
Goście do ostatniej chwili nie wiedzieli gdzie mają się zjawić, musieli wykazać się bystrością intelektualną i wydolnością fizyczną. Seria zadań doprowadziła, przez miasto, przez las, przez bagna i jeziora w miejsce, gdzie czekały kiełbasy, szaszłyki (brawo Ania!), napoje izotoniczne.
Jedna grupa o mało nie zaginęła i już widziałem mord w ich oczach gdy styrani dotarli... :D
Ale... ok.. mam nadzieje że już zapomnieli co złe, a mega kac, skorygował ich wspomnienia :)
Cóż.. czas na wzniosłe słowa...
Zostałem cholernie miło zaskoczony entuzjazmem, chęcią udziału i samym przebiegiem imprezy...
W porywach chyba osiągnęło 15 osób... łącznie z wizytacją z Warszawy :D
Ania, Ola, Emi, Julia, Agnieszka, Kasia, Ewa, Adam, Mamut, Miras, Miłosz, Czarek, Paweł, Sylwek...
Wszystkim bardzo dziękuję.. byłem nieomal wzruszony :D
... Póki nie wylądowałem w jakimś nieznanym pubie (coolturka?), w niebezpiecznej części śródmieścia, pijąc niezliczone rzędy shotów, ledwo siedząc i udając rozmowę bełkotaniem i potakiwaniem :D
(ale zawsze sie mogło skończyć w klubie "Błękitna ostryga" w skórzanej czapce :D )
Ale po to istnieje instytucja żony.. żeby Cię za kołnierz wyciągneła zanim zrobisz coś głupiego :)
Zajebiście mieć taką grupę ludzi, którzy dają radę.
Nie przesadzając.. aż się chce poczekać na kolejne urodziny :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz