Pogłoski o tym, że Muse jest niezłe koncertowo gdzieś mi świtały...
Wczoraj z Anią obejrzeliśmy koncertowe DVD Muse...
Głośno i na duzym ekranie.

Efekt rozsmarowuje i rozpieprza w drzazgi...
Muse zostaje moim "najlepszym zespołem świata"
W zacisznym pokoju koncert osiąga niesamowity power - co dopiero na żywo.
Dawka energii większa niż cały metalowy tabun zespołów.

Jest gitarowo, ostro, basowo, perkusyjnie, z fortepianem, laserami, światłami...
Matthew Bellammi - jest na 1,5 godziny bogiem.

Kogo trzy pierwsze utwory nie złapią, nie wbiją w fotel i nie zamiotą na resztę koncertu... hmm ten jest prawdopodobnie robotem :D

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz