Troszkę się bałem, że na koncercie Maria może przynudzać i jej cudownie depresyjne wynurzenia, nie poruszą mego spragnionego łomotu serca.
A było zajebiście - niepotrzebnie sie obawiałem. Było ostro, skocznie, dobry dźwięk.
Każde słowo, mimo, że znaliśmy je na pamięć - wyraźne i czytelne.
Oczywiście teksty sprawiają, że ta muzyka trafia i wchodzi bez masła.
Średnia wieku na sali znacznie wyższa niż na Comie, widzowie bardziej zamożni (widać po samochodach przed klubem) i chyba jacyś tacy więksi i grubsi - bo zakładając że tyle samo miejsc sprzedali, to było znacznie ciaśniej wizualnie :D
Poszła cała płyta... potem 3 czy 4 bisy po kilka piosenek...
"Personal Jesus" w wykonaniu Marii był świetny.
OK.. jako fan szczególnie ostatniej płyty... trudno mi znaleźć jakiś minus...
(gadatliwa widownia)
Jako przeżycie artystyczne - było nawet lepiej niż na Comie.
Podoba mi się jej szczery przekaz, pomysł i autentyczność...
blablabla...
No i jakże fajnie zabrzmiało "Sorry Polsko" 11 listopada :D

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz