Ok - bilety kupione rok temu - wiec nie było wymówek - trzeba jechać.
5h autostradą... w połowie coś zaczeło stukać w podwoziu, więc trochę dusza na ramieniu, czy dotrzemy.
Na miejscu (serwis mercedesa na przeciwko hotelu) Okazało się, że jeden wkręt załatwił sprawę, obudowa wału postanowiła troszkę pohałasować i nas postraszyć.
A sam koncert?
"NAJLEPSZY KONCERT ŚWIATA" .. jak zwykle :)
Wizualnie, dźwiękowo i nastrojowo przebił wszystko co widziałem do tej pory.
Tylko powiedzmy Rammstein i Woodstock może powalczyć...
Dave Gahan pomimo pieciu krzyzyków jest chyba w lepszej formie niż gdy był nastolatkiem.
Wszystko było perfekcyjnie, ekrany, światła, dżwięk
"Never Let me Down" na koniec rozwaliło czapę.
Wyprawa do najtańszych nie należała - ale warta była każdej złotówki.
raz w życiu można... no chyba żeby jeszcze do Berlina kiedyś? ....
Ale czy to nie czasem ostatnia trasa Depeche Mode?
(Ostatnie zdjecie nie moje.)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz